Gdy natrafił na nisko zwieszoną gałąź starego świerku, nie mógł się oprzeć – chwycił się jej mocno i huśtał, aż wiatr świszczał mu w uszach, a igliwie sypało się niczym zielony deszcz.
Chwilę później, w gęstwinie paproci, mignął mu rudy ogon. To był jego przyjaciel lisek. Przez kwadrans bawili się w berka, przeskakując nad wystającymi korzeniami, aż obaj padli zziajani na mchu, cicho chichocząc.


Wędrując dalej, Flik dotarł do miejsca, gdzie las rzednie i ustępuje miejsca słonecznej polanie. Tam, na samym skraju, stała Stara Jabłoń. Jej konary uginały się pod ciężarem owoców, które w słońcu wyglądały jak polerowane rubiny.
– Witaj, mały podróżniku – zaszeleściła liśćmi Stara Jabłoń, a jej głos brzmiał jak łagodny powiew wiatru. – Widzę, że masz sprawne oko do skarbów.
Drzewo lekko potrząsnęło koroną, i prosto w dłonie Flika spadło kilka najpiękniejszych, lśniących jabłek.
– Zjedz, a czego nie zjesz, weź na drogę – dodała z matczynym ciepłem. – Niech dodadzą ci sił i przypominają o słońcu, gdy nadejdzie wieczór.
– To jest to! – wykrzyknął Flik, wybierając najbardziej rumiane jabłko.
Zebrał kilka suchych gałązek i w bezpiecznej odległości od Starej Jabłoni rozniecił małe, wesołe ognisko. Nadział jeden owoc na leszczynowy patyk i trzymał nad ogniem, obserwując, jak skórka zaczyna pękać, a ze środka wydobywa się słodki, karmelowy aromat.
Gdy jabłko było już mięciutkie i rumiane, Flik usiadł wygodnie na korzeniu, zajadając się przysmakiem i patrząc, jak słońce powoli chowa się za horyzont lasu z Mchu i Paproci.
Gdy ostatni kęs pieczonego jabłka zniknął, a ognisko przygasło do postaci żarzących się węgli, Flik poczuł w sercu niezwykłe ciepło, silniejsze niż blask płomieni. Wstał powoli, strzepał okruszki z ubrania i podszedł do potężnego, chropowatego pnia.
Gdy ostatni kęs pieczonego jabłka zniknął, a ognisko przygasło do postaci żarzących się węgli, Flik poczuł w sercu niezwykłe ciepło, silniejsze niż blask płomieni. Wstał powoli, strzepał okruszki z ubrania i podszedł do potężnego, chropowatego pnia.
Wyciągnął ramiona tak szeroko, jak tylko potrafił, i mocno wtulił się w korę Starej Jabłoni. Zamknął oczy, wdychając zapach mchu, ziemi i dojrzałych owoców.
– Dziękuję Ci – szepnął, a jego głos drżał z wdzięczności. – Za Twoją dobroć, za ten słodki dar i za to, że zawsze tu jesteś.
W odpowiedzi drzewo zadrżało, a jego liście zagrały cichą, uspokajającą melodię. Flik poczuł, jakby Jabłoń odwzajemniła uścisk.
Ruszył w stronę domu, niosąc w kieszeniach zapas rubinowych skarbów, a w sercu spokój, który mogła mu dać tylko najstarsza przyjaciółka z polany.




4 Komentarze
Piękne zimowe wspomnienia z jesieni. Jabłuszka pełne snu, pieczone jabłuszka, czerwone jabłuszka. Ciepło, cieplutko. Dzięki Moniko.
OdpowiedzUsuńWiesławie, jak Ty pięknie potrafisz pisać o tych jabłkach! Od samych Twoich słów zrobiło się na naszej werandzie jakoś tak niesamowicie ciepło i przytulnie. Zapach pieczonych jabłek z ogniska to chyba najlepsze lekarstwo na każdy chłód, a te Twoje „jabłuszka pełne snu” zostaną ze mną na bardzo długo. Ogromnie się cieszę, że ta stara opowieść z początku roku przyniosła Ci dzisiaj tyle domowego ciepła. Dziękuję, że zajrzałeś też tutaj na bloga
UsuńJabłonie mają coś x matczynego ciepła...piękna opowieść dziękuję 🙂
OdpowiedzUsuńPięknie dziękuję za te słowa. Masz absolutną rację – w starej, rozłożystej jabłoni jest coś takiego, co naturalnie kojarzy się z ramionami mamy, z bezpieczeństwem i matczynym ciepłem. Niezmiernie się cieszę, że ta krótka historia Flika obudziła w Tobie tak bliskie i czułe skojarzenia.
UsuńWitaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️