Ach, spójrzcie tylko na niego! Oto Gracjan – elf, który wierzy, że las jest jedynie drogocenną ramą dla jego nieskazitelnej urody.
Jego sylwetka jest wiotka i giętka niczym młoda brzoza, a każdy ruch wyćwiczony tak, by pod odpowiednim kątem łapać promienie słońca. Ma cerę gładką i lśniącą jak płatki białej lilii, którą obsesyjnie chroni przed cieniem zbyt gęstych paproci. Jego włosy, barwy płynnego złota, spływają kaskadą na ramiona, a on przeczesuje je palcami średnio co trzy minuty, upewniając się, że żaden listek nie zakłócił ich perfekcyjnego ładu.
Ale spójrzcie na jego oczy – są zielone jak najgłębszy mech, lecz rzadko patrzą na innych. Gracjan widzi w nich tylko swoje odbicie. Gdy tylko dostrzeże choćby kroplę rosy na liściu, natychmiast zamiera w zachwycie, nachylając się, by sprawdzić, czy jego szpiczaste uszy – ozdobione filigranowym srebrem – wciąż tkwią pod idealnym kątem. Nawet w kroplach deszczu szuka swojego odbicia!
Gracjan uwielbia spędzać czas... sam ze sobą. Przy jeziorze potrafi spędzić całe godziny. Klęka nad taflą wody, ignorując śpiew ptaków czy ostrzeżenia innych elfów, i z czułym uśmiechem szepcze do swojego odbicia: „Och, Gracjanie, jak ten las ma szczęście, że po nim stąpasz”.
Nawet kałuża po deszczu jest dla niego pretekstem do poprawienia rzęsy. Jest tak zakochany w sobie, że gdyby mógł, zamieniłby cały świat w jedno wielkie lustro.
Gracjan do dziś dostaje drgawek na samo wspomnienie o „Wielkim Turnieju Leśnej Gracji”. Gdy tylko zobaczył afisz na starej sośnie, jego serce zabiło mocniej (choć oczywiście w tempie, które nie powoduje nieestetycznych wypieków). Nie doczytał dopisku drobnym drukiem, że to wybory Najpiękniejszej Pani Lasu. Dla Gracjana słowo „piękno” było przecież synonimem jego imienia, więc płeć wydała mu się detalem bez znaczenia.
Przygotowania trwały miesiącami. Gracjan polerował swoje srebrne nausznice tak długo, aż zaczęły oślepiać wiewiórki, i trenował „spojrzenie zjawiskowe” przed każdą napotkaną kałużą. Gdy w dniu konkursu wkroczył na wybieg z mchu, roztaczając wokół siebie woń rzadkich olejków z płatków róży, komisja złożona ze starych entów zamarła w konsternacji.
– „Przykro nam, Gracjanie, to konkurs dla pań” – wychrypiał przewodniczący.
Świat elfa legł w gruzach. Jak to? Czy świat naprawdę mógł nie zauważyć jego piękna?! Gracjan nie biegał, nie krzyczał – on po prostu zemdlał (bardzo malowniczo, sprawdzając wcześniej, czy upadnie na miękką kępę wrzosu).
Późniejsza rekonwalescencja przeszła do legendy. Nasz narcyz rozchorował się z rozpaczy na bity tydzień. Zaszył się w swoim domu, odmawiając jedzenia, bo „smutek sprawia, że jego kości policzkowe tracą swój blask”. Co godzinę słaba dłoń unosiła lusterko z polerowanego srebra, by sprawdzić, czy od tego cierpienia nie pojawiła mu się na czole jakaś zmarszczka.
Na szczęście dla lasu, jego wrodzona próżność okazała się silniejsza od depresji – ósmego dnia uznał, że świat zbyt długo cierpi bez widoku jego profilu, i powrócił nad jezioro, by znów wyznać miłość swojemu odbiciu.




Komentarze
Prześlij komentarz