Earyn ratuje niedźwiadka

Earyn szedł bezszelestnie przez Las, a jego sylwetka zdawała się zlewać z otaczającą zielenią. Jego twarz, o ostrych, szlachetnych rysach, przypominała rzeźbę wykutą w jasnym drewnie – nieruchoma, surowa i nieprzenikniona. Wielu, którzy spotkali go na szlaku, brało ten chłód za przejaw elfiej pychy, nie dostrzegając, że pod tą maską kryje się umysł analizujący każdy szept liści i drgnienie powietrza.
Nagle ciszę kniei rozdarł gardłowy, pełen udręki ryk. Earyn przystanął. Nie było w tym dźwięku agresji, lecz czysta, zwierzęca rozpacz.
Gdy dotarł na krawędź niewielkiej polany, ujrzał scenę, która natychmiast poruszyła jego serce. Potężna niedźwiedzica krążyła wokół głębokiego uskoku w ziemi, rozkopując pazurami darń i porykując głucho. U jej boku, trzęsąc się z przerażenia, biegał mały niedźwiadek. Elf podszedł bliżej, a jego wzrok, czujny i sprawiedliwy, spoczął na dnie dziury. W pułapce, pośród osypującej się ziemi i splątanych korzeni, tkwiło drugie młode. Malec bezskutecznie próbował wspiąć się po śliskiej ścianie, wydając z siebie ciche, żałosne popiskiwanie.
Earyn wiedział, że staje przed wyborem, który dla wielu byłby szaleństwem. Rozjuszona matka, chroniąca swoje potomstwo, była ucieleśnieniem niszczycielskiej siły natury. Jednak dla elfa równowaga była wartością najwyższą – życie tego stworzenia było warte ryzyka.
Zatrzymał się kilka kroków od zwierzęcia. Jego posągowa twarz nie zdradzała lęku. Wyciągnął przed siebie dłoń, a z jego ust wydobył się szept – miękki jak szelest opadających liści, lecz niosący w sobie moc dawnych pieśni lasu.
— Hae thul, braga ereth... — wymruczał zaklęcie.
Wzburzona niedźwiedzica nagle znieruchomiała. Jej nozdrza zadrgały, a wściekłość w małych oczach ustąpiła miejsca ufnemu otępieniu. Opuściła łeb, pozwalając nieznajomemu zbliżyć się do krawędzi pułapki.
Earyn działał precyzyjnie, bez zbędnych ruchów. Przyklęknął na wilgotnym mchu, zaparł się mocno nogami o wystający korzeń i pochylił nad ciemną czeluścią. Jego dłonie, silne i pewne, chwyciły puszyste futro niedźwiadka. Mięśnie elfa napięły się pod skórzanym kaftanem, gdy z wysiłkiem wciągał mały ciężar na górę.
Po chwili malec poczuł pod łapami twardy grunt. Z radosnym pomrukiem pognał prosto w stronę matki, która zaczęła go troskliwie wylizywać.
Earyn wstał i otrzepał dłonie z ziemi. Nie czekał na wdzięczność, nie szukał uznania w oczach lasu. Na jego ustach nie błąkał się uśmiech, lecz w spojrzeniu gościł spokój kogoś, kto właśnie przywrócił światu właściwy porządek. Skłonił się lekko potężnej samicy i, nie oglądając się za siebie, ruszył dalej w głąb puszczy.
Wiedział, że prawdziwe dobro jest jak rzeka – płynie cicho, ale to dzięki niej las trwa i rozkwita.

Komentarze