Kiedy Faelan i Oak szli ścieżką miedzy paprociami, dobiegło ich ciche, rytmiczne fukanie i szelest suchych liści.
– Słyszałeś to? – szepnął Oak.
Z gęstwiny wytoczyła się mała, kolczasta kulka. Był to jeż, który najwyraźniej nic sobie nie robił z obecności elfów. Przebierał szybko krótkimi łapkami, węsząc mokrym noskiem przy ziemi.
Nagle zatrzymał się przed wielkim, lśniącym jabłkiem, które musiało spaść z dzikiej jabłoni rosnącej nieopodal.
Jeż spróbował popchnąć owoc noskiem, ale jabłko było ogromne i zaklinowało się między dwoma wystającymi korzeniami. Zwierzątko próbowało z jednej strony, potem z drugiej, ale im mocniej napierało, tym głębiej owoc wbijał się w leśną pułapkę.
– Wygląda znajomo, co? – zaśmiał się cicho Faelan, przypominając sobie ich niedawną walkę z liściem na wodzie. – On też próbuje siłować się z tym sam.
Elfy podeszły bliżej. Jeż na moment zastygł, zamieniając się w najeżoną kulkę, ale kiedy poczuł łagodną aurę chłopców, rozluźnił się i znów spojrzał na jabłko.
– Pomóżmy mu – zaproponował Oak.
Chłopcy uklękli po obu stronach owocu. Faelan chwycił jabłko z lewej, Oak z prawej. Na dany przez Oaka znak: „Raz, dwa i... już!”, obaj jednocześnie podważyli owoc, unosząc go lekko nad korzeniami.
Jabłko z łatwością wyskoczyło z pułapki i potoczyło się prosto pod nos zdumionego jeża.
Zwierzątko fuknęło radośnie, tym razem jakby w podziękowaniu, i zaczęło powoli toczyć swój skarb w stronę bezpiecznej nory.
Faelan i Oak odprowadzili go wzrokiem, uśmiechając się do siebie.
Wiedzieli już doskonale, że w tym lesie – czy to na wodzie, czy na lądzie – wspólny rytm to najkrótsza droga do celu.



Komentarze
Prześlij komentarz