W Lesie z Mchu i Paproci wiosna wybuchła tysiącem odcieni zieleni i zapachem wilgotnej ziemi. Każdy centymetr runa pulsował życiem, a nad potokami unosiła się delikatna mgiełka, w której tańczyły promienie słońca.
Przez ten tętniący życiem labirynt paproci kroczyła mama niedźwiedzica. Była ucieleśnieniem spokoju i siły, jej potężne łapy bezszelestnie zapadały się w miękkim dywanie mchu. Jednak spokój ten był wystawiany na ciężką próbę, bo tuż za jej plecami – a czasem między jej nogami – szalały dwa małe wulkany energii.
Baryłka i Iskra, tegoroczne niedźwiadki, zdawały się nie rozumieć pojęcia „zmęczenie”. Iskra, mniejsza i bardziej zwinna, właśnie testowała wytrzymałość młodej brzozy. Wdrapała się niemal na sam szczyt, a gdy giętki pień zaczął niepokojąco się wyginać, z głośnym fuknięciem zsunęła się prosto na głowę brata.
Baryłka nie pozostał jej dłużny. Zamiast się pogniewać, natychmiast zaprosił siostrę do zapasów. Kłębek brązowego futra przetoczył się przez polanę, tratując kępki zawilców i wzbijając w górę chmury pyłku. Maluchy skakały przez powalone pnie, jakby były one przeszkodami na torze przeszkód, a każdy napotkany kamień musiał zostać wywrócony w poszukiwaniu tłustych larw – choć zazwyczaj kończyło się to po prostu radosnym pacnięciem łapą w błoto.
– Grrr... – mruknęła ostrzegawczo mama, gdy Iskra spróbowała wspiąć się na jej własny grzbiet w trakcie marszu.
Niedźwiedzica przystanęła przy wielkim, próchniejącym pniu. Jednym ruchem potężnej łapy rozłupała drewno, odsłaniając ukrytą w środku słodką niespodziankę – gniazdo dzikich pszczół.
Na moment w lesie zapadła cisza. Dwa małe pyszczki, umazane miodem i pyłkiem, znieruchomiały w zachwycie.
Ale tylko na moment. Gdy tylko ostatnia kropla miodu zniknęła, Iskra dostrzegła motyla, a Baryłka w tej samej chwili uznał, że pobliski strumień idealnie nadaje się złapania ryby.
Wiosna w Lesie z Mchu i Paproci dopiero się zaczynała, ale mama niedźwiedzica wiedziała jedno: to będzie bardzo długi i bardzo wesoły sezon.





Komentarze
Prześlij komentarz