Szczęście Miriol

W kuchni pachniało suszonymi jabłkami i naparem z igieł sosny, który cicho mruczał w żeliwnym imbryku. 
Miriol siedziała przy kuchennym oknie. Kuchnia była sercem ich dębowego domu – bezpieczna, przesiąknięta ciepłem pieca, podczas gdy za oknem świat zastygał w błękitnym uścisku zimy.
Szyba była niemal całkowicie przesłonięta przez lodowe malowidła. Mróz wyczarował na niej fantazyjne liście paproci. Miriol wodziła palcem tuż nad powierzchnią szkła, uważając, by nie rozpuścić ciepłem skóry tych kruchych cudów.
– Kiedy będę dorosła... – szepnęła, a jej oddech zostawił na chwilę mgiełkę na krawędzi okna -  będę robić niesamowite rzeczy! polecę na grzbiecie srebrnego gryfa aż tam, gdzie kończą się lasy, a zaczynają góry ze szczerego lodu.
Wyobraziła sobie siebie jako potężną czarodziejkę w płaszczu utkanym z blasku księżyca. Widziała, jak jej dłonie ciskają zaklęcia, które potrafią zatrzymać wodospady w pół kroku lub przywołać wiosnę w samym środku mroźnej nocy. 
Marzyła o wielkich salach z marmuru i bibliotekach pełnych ksiąg, których stronice pachniały magią i dalekim światem. Tam, w wielkim świecie, na pewno działy się rzeczy godne pieśni, a nie tylko ciche trzeszczenie mrozu w gałęziach dębu.
Nagle imbryk na piecu gwizdnął przeciągle, wypuszczając kłąb aromatycznej pary. Miriol drgnęła, a jej wizje srebrnych gryfów rozpłynęły się w ciepłym powietrzu kuchni.
Podeszła do pieca i ostrożnie, przez grubą ścierkę, chwyciła uchwyt imbryka. Nalała naparu do swojego ulubionego glinianego kubka. Ciepło naczynia natychmiast rozeszło się po jej małych dłoniach. Zapach sosny i jabłek otulił ją jak miękki koc.
Spojrzała na lodowe kwiaty na szybie. Były tak misterne, że żadne zaklęcie, o którym czytała, nie wydało jej się piękniejsze od tego, co mróz stworzył za darmo na jej oknie. Usiadła z powrotem, podciągając kolana pod brodę i wsłuchując się w kojący trzask ognia w palenisku.
Wielkie czary i dalekie krainy mogły poczekać. Może i była małą elfką w małym dębowym domku, ale tutaj herbata zawsze była gorąca, a zima, choć potężna, mogła jedynie zaglądać przez szybę, nie mając wstępu do jej bezpiecznego, pachnącego domem świata. 
Miriol uśmiechnęła się do swojego odbicia w ciemniejącym oknie. Zeskoczyła z krzesła, chwyciła kubek gorącego naparu i z radością pomyślała, że zanim zostanie wielką czarodziejką, ma jeszcze mnóstwo czasu, by po prostu cieszyć się zimą.
Szczęście często nie wygląda jakoś nadzwyczajnie...
Ono  zwyczajnie mruczy w imbryku, pachnie suszonym jabłkiem i maluje mrozem na szybach obrazy, których nie powstydziłby się żaden czarodziej. Największą magią nie jest wcale zatrzymywanie wodospadów, ale umiejętność dostrzeżenia, że zwyczajna chwila z ciepłym kubkiem w dłoniach jest już wszystkim, czego nam potrzeba. Szczęście to nie tylko cel podróży, to przede wszystkim ciepło domowego ogniska, które ogrzewa nas tu i teraz, zanim jeszcze wyruszymy na podbój świata.

Komentarze