Zefir i ptaszki

Jakiś czas temu przedstawiłam Ci Zefira - elfa niezwykle miłego i wrażliwego na krzywdę innych. Zefir ma niezwykły dar: potrafi usłyszeć nawet westchnienie kwiatu, któremu brakuje wody. Jego serce jest tak pojemne, że nie potrafi przejść obok żadnej istoty w potrzebie. 

Pewnego słonecznego popołudnia, gdy Zefir spacerował po miękkim kobiercu z mchu, jego wzrok przykuło coś niezwykłego. Tuż przy korzeniach potężnego dębu leżało lekko lśniące, nakrapiane błękitnymi kropkami jajo.

Zefir rozejrzał się uważnie dookoła, a potem zadarł głowę wysoko do góry. Na jednej z najwyższych gałęzi drzewa, ukryte wśród gęstwiny liści, dostrzegł misternie splecione gniazdo.
- O, wypadło stamtąd! - pomyślał z troską - muszę działać szybko, zanim nie zaszkodzi mu chłód.
Odpiął z pasa swoją torbę, wyścielił ją garścią miękkiego mchu i delikatnie schował do niej kruchy skarb. Potem zwinnie, ale ostrożnie, zaczął wspinać się po chropowatej korze drzewa.
Wspinaczka nie była łatwa, ale Zefir poruszał się z gracją wiewiórki. Gdy dotarł do celu, ostrożnie wychylił się zza gałęzi. W gnieździe czekały trzy równie piękne, kolorowe jajka. Bardzo powoli, starając się nie naruszyć konstrukcji z patyczków, ułożył zgubę obok rodzeństwa. Teraz rodzina znów była w komplecie.
Zadowolony z siebie zsunął się zwinnie po pniu na dół. Ledwie jego stopy dotknęły ziemi, ciszę lasu przerwał gwałtowny szum skrzydeł.
Nad głową Zefira zatoczył koło przepiękny, kolorowy ptak o piórach mieniących się wszystkimi barwami tęczy. Ptak wylądował na krawędzi gniazda i zaczął głośno, melodyjnie nawoływać. Przez chwilę patrzył prosto w oczy elfa stojącego na dole, a jego śpiew brzmiał jak najpiękniejsze „dziękuję”, jakie Zefir kiedykolwiek słyszał.
Mijały dni. Zefir - jak zawsze zajęty sprawami Lasu - przechodził kiedyś w pobliżu drzewa z gniazdem. Nagle las wypełnił się radosnym, znajomym ćwierkaniem. Zanim zdążył się rozejrzeć, z gęstwiny liści wyleciało mieniące się kolorami tęczy stadko - cztery maleńkie ptaszki, lśniące w słońcu niczym klejnociki. 
Ku zdumieniu elfa, stworzenia wcale nie zamierzały uciekać. Przeciwnie, wirowały wokół niego w radosnym tańcu, aż w końcu jeden z nich jak gdyby nigdy nic przysiadł na dłoni Zefira. Ten zamarł z zachwytu, czując lekki jak tchnienie dotyk drobnych pazurków. Ptasi malec patrzył na niego bystrym oczkiem, nie okazując ani krzty lęku.
Wtedy Zefir podniósł wzrok i dostrzegł na pobliskiej gałęzi dumną ptasią mamę. Siedziała nieruchomo, obserwując tę niezwykłą scenę z głębokim spokojem. W jej mądrym spojrzeniu elf odnalazł coś więcej niż tylko uznanie – to była czysta, bezgraniczna wdzięczność za ocalenie życia, które teraz tak radośnie trzepotało skrzydłami ja jego dłoni.
Zefir zrozumiał, że od tego dnia zyskał w lesie nowych, wiernych przyjaciół.

    Komentarze