Earyn szedł przez las tak, jakby był jego częścią – bezszelestnie, omijając każdą suchą gałązkę, która mogłaby zdradzić jego obecność. Jego wysokie buty z miękkiej skóry nie zostawiały niemal żadnych śladów na wilgotnym mchu. Zatrzymał się dopiero przy Srebrzystej Brzozie, której liście drżały w specyficzny, nienaturalny sposób.
Nie było słychać krzyku, tylko ciche, rytmiczne uderzenia o drewno.
Earyn podszedł bliżej i dostrzegł małego dzięcioła, który niefortunnie zaklinował się w szczelinie kory. Ptak, próbując wydobyć wyjątkowo upartego kornika, wsunął dziób zbyt głęboko, a pęknięcie pnia, pracujące pod wpływem wiatru, zacisnęło się na nim jak imadło. Małe skrzydełka biły desperacko o pień, a pióra sypały się na ziemię.
Elf nie wykonał gwałtownego ruchu. Wiedział, że strach zabija małe stworzenia szybciej niż sama pułapka.
— Latha chul... — szepnął nisko, kładąc dłoń na szorstkiej korze.
To nie było zaklęcie z ksiąg, raczej prośba skierowana do drzewa, by na moment poluzowało swój uścisk. Earyn czuł pod palcami krążące soki i napięcie drewna. Drugą ręką, o długich i precyzyjnych palcach, delikatnie ujął drżące ciałko ptaka. Nie ciągnął. Cierpliwie czekał, aż wiatr zawieje z odpowiedniej strony i naturalnie rozchyli szczelinę o ułamek milimetra.
Kiedy to nastąpiło, dzięcioł wysunął się gładko. Earyn nie wypuścił go od razu. Trzymał go chwilę w dłoniach, pozwalając, by bicie serca ptaka uspokoiło się w cieple jego skóry.
— Wracaj do swoich spraw, mały kowalu — mruknął z rzadkim u niego, ledwo widocznym uśmiechem.
Ptak otrzepał pióra, spojrzał na elfa bystrym okiem i z głośnym zawołaniem odleciał w stronę gęstwiny. Earyn stał jeszcze chwilę, gładząc pień drzewa w podziękowaniu.
A potem ruszył dalej, a las zamknął się za nim, jakby elf był tylko cieniem przesuwającym się między drzewami.



Komentarze
Prześlij komentarz