Tego ranka las pachniał tak intensywnie młodym czosnkiem niedźwiedzim, że Iskra i Baryłka nie mogli usiedzieć w miejscu. Słońce przebijało się przez liście buków, tworząc na mchu jasne plamy, które Iskra próbowała łapać łapami, jakby to były złote monety.
– Baryłka, patrz! – Iskra zatrzymała się przy starym, spróchniałym pniu, który leżał w poprzek ich ulubionej ścieżki. – To jest to!
Baryłka podszedł powoli, drapiąc się za uchem. Pień był ogromny, pokryty grubą warstwą szmaragdowego mchu i hubami wielkimi jak talerze Etty.
– To jest co, Iskra? To jest kłoda. Przeszkoda. Trzeba ją obejść – mruknął, już szykując się do dreptania dookoła.
– Obejść? – Iskra prychnęła, aż jej nos zadrżał. – Baryłko, pod takimi pniami mieszkają najtłustsze, najbardziej soczyste pędraki i chrząszcze. To jest prawdziwa spiżarnia! Musimy go tylko... przesunąć.
Baryłka spojrzał na masę drewna, potem na swoje łapy, a potem na Iskrę.
– On waży tyle, co trzy worki mąki Sylwiona. Albo i cztery.
Ale Iskra już zaparła się barkiem o pień. Baryłka, widząc jej wysiłek, westchnął ciężko i stanął obok.
– Na trzy... Raz... dwa... trzy!
Niedźwiadki stęknęły jednocześnie. Pazury wbiły się w ziemię, mięśnie pod futrem napięły się jak postronki. Pień ani drgnął. Spróbowali drugi raz, tym razem zapierając się tylnymi łapami. Nic.
– Może jak go podważymy? – sapnęła Iskra, ocierając czoło.
Znaleźli solidną gałąź, wsunęli ją pod kłodę i zaczęli naciskać. I wtedy zaczęły się tarapaty. Gałąź, zamiast podnieść pień, nagle pękła z głośnym trzaskiem, a Iskra i Baryłka, straciwszy oparcie, potoczyli się do tyłu, wprost w kępę młodych, ale już bardzo złośliwych pokrzyw.
– Aaaa! Moje pięty! – zawył Baryłka, próbując wygrzebać się z parzących liści.
– Moje uszy! – pisnęła Iskra, robiąc fikołka przez plecy.
– Moje uszy! – pisnęła Iskra, robiąc fikołka przez plecy.
Siedzieli chwilę na trawie, masując piekące miejsca i patrząc z wyrzutem na niewzruszoną kłodę. Wyglądali komicznie – z nosami umazanymi ziemią i resztkami pokrzyw w futrze.
– Wiesz co? – mruknął Baryłka, wyciągając mały kolec z łapy. – Chyba te pędraki wcale nie są takie smaczne. Na pewno są żylaste.
Iskra spojrzała na niego, potem na pień, a potem na ich brudne łapy i wybuchnęła śmiechem.
– Masz rację. Poza tym, pod tamtym wykrotem widziałam rano młode pędy paproci. One nie uciekają i nie mieszkają pod ciężkimi kłodami.
Wstali, otrzepali futra z mchu i ruszyli dalej ścieżką, tym razem grzecznie obchodząc pień szerokim łukiem. Słońce grzało im plecy, a pokrzywy przestały piec, gdy tylko weszli do chłodnego strumienia, by obmyć łapy.
Wracali do domu powoli, ciesząc się, że w Krainie Mchu i Paproci nawet przegrana walka z kłodą jest po prostu kolejnym, dobrym powodem, by zjeść podwójną porcję pyszności u Etty.




Komentarze
Prześlij komentarz