Dobrzy sąsiedzi są jak złoto

Na zewnątrz szalał wiatr i targał gałęziami starych dębów, ale głęboko pod ziemią – w bezpiecznych korytarzach splecionych z potężnych korzeni – panował absolutny spokój.
Grum siedział w swojej izbie przy małym palenisku, dłubiąc w kawałku dębowego drewna. W ciszy niosło się tylko miarowe skrobanie nożyka. Nagle w drzwiach stanęła Gryma.
Mieszkali dosłownie płot w płot. W takie paskudne dni Gryma wpadała bez pytania, bo wiedziała, że nikt nie potrafi tak dobrze przegonić nudy jak Grum ze swoim świętym spokojem.


– Co tam znowu wyciągasz z tego drewna? – zapytała, stawiając na stole miskę jagód, które rano zdążyła jeszcze przebrać z rosy.
Grum odłożył nóż, spojrzał na nią i uśmiechnął się ciepło, z właściwym sobie, świętym spokojem. Bardzo lubił te jej niespodziewane wizyty.
– Drewno mi mówi, Grymo, że z tego kawałka wyjdzie wyjątkowo udana łyżka. A w taką wichurę odrobina spokoju każdemu się przyda.
Gryma usiadła obok bez słowa. Nie musieli rozmawiać. Czasem potrafili tak spędzić całe popołudnie – on strugał, ona zajmowała się ziołami albo jagodami, a szalejący za grubymi ścianami wiatr stawał się tylko odległym, sennym szumem.


– Ty dbaj o narzędzia, a ja dopilnuję, żebyśmy mieli co do garnka włożyć – mruknęła, sięgając po jagodę. – Abeja obiecała słoik miodu za te twoje brzozowe guziki. I bardzo dobrze, bo widzę, że zapasy szybko ci znikają – wskazała na stół. – Skoczę do niej, jak tylko przestanie tak dąć.


Grum skinął głową z uznaniem. Dobrze było mieć taką sąsiadkę. Kogoś, kto potrafi ocieplić całą izbę samym swoim wejściem, bez zbędnych słów.
– Dobrze, że jesteś, Grymo – mruknął, wracając do strugania.
– Ty też, Grumie – odpowiedziała, patrząc na wióry opadające na podłogę. – Póki mamy jagody, drewno i wolne popołudnie, żadne zamiecie nam niestraszne.

Prześlij komentarz

0 Komentarze