Earyn ratuje Rumbasa

Dzień był duszny i ciężki od wilgotnej mgły, która nad Srebrzystym Strumieniem kładła się tak gęstą warstwą, że chwilami zasłaniała cały Las. 

Earyn swoim zwyczajem – szedł bezszelestnie, niemal nie dotykając stopami mchu. Jego myśli były równie spokojne jak las wokół, dopóki ciszy nie przeciął dźwięk, który zupełnie tu nie pasował.

To nie był szum liści ani świergot ptaków. To był krótki, rozpaczliwy pisk, który co chwilę urywał się w głuchej ciszy Wąwozu Cieni.
Earyn natychmiast zmienił kierunek. Znalazł go na dnie głębokiej rozpadliny, uwięzionego między dwoma ciężkimi głazami, które osunęły się po nocnym deszczu. Mały, pasiasty dziczek – Rumbas – utknął tam na dobre. Jego ryjek był umazany błotem, a nóżki drżały z wysiłku i strachu. Gdy zobaczył nad sobą wysoką postać elfa, zamarł, pewien, że nadeszła jego ostatnia godzina. 
Earyn nie powiedział ani słowa. Zeskoczył na dół, a jego obecność natychmiast wypełniła ciasną przestrzeń dziwnym spokojem. Uklęknął w błocie, nie dbając o swoje lśniące buty, i oparł dłonie o zimny granit. Mięśnie na jego ramionach napięły się pod lnianą koszulą, gdy jednym, potężnym ruchem odsunął głaz, uwalniając pułapkę.
– Już dobrze, mały wędrowcze – szepnął głębokim głosem, który brzmiał jak mruczenie samej ziemi.
Rumbas, zamiast uciec w gęstwinę, zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Zamiast pędzić do stada, podszedł do Earyna i delikatnie trącił jego dłoń swoim mokrym, brudnym noskiem. Potem, jak gdyby nigdy nic, usiadł na jego bucie, patrząc w górę z taką ufnością, jakby właśnie odnalazł najbezpieczniejsze miejsce na świecie.
Earyn uśmiechnął się – rzadko mu się to zdarzało, ale ten mały, odważny pasiak w jednej sekundzie skruszył jego chłodną rezerwę. Podniósł malucha, który ważył tyle, co woreczek mąki, i delikatnie wytarł mu brudny ryjek rąbkiem swojej peleryny.
Rumbas, zamiast uciec do lasu, uznał najwyraźniej, że właśnie znalazł sobie nowego, bardzo wysokiego tatę. Gdy Earyn ruszył w stronę domu, maluch ruszył za nim, przebierając raciczkami tak szybko, że aż ogonek wirował mu z radości.
Tego wieczoru w Domu pod Wiązami i Etta, i Sylwion przeżyli wielkie zdziwienie - kiedy ktoś zapukał do drzwi, po ich otwarciu zobaczyli Earyna – zawsze tak poważnego i milczącego – a tuż przy jego nodze małą, pasiastą kulkę, która z powagą godną strażnika próbowała naśladować każdy krok elfa. Rumbas nie odstępował go na krok, a gdy Earyn usiadł na ławie, maluch natychmiast ułożył się na jego bucie i zasnął, cicho chrapiąc.
I tak to się zaczęło. Od tamtego dnia w naszym Lesie można spotkać dziwną parę: potężnego Earyna i jego mały, pasiasty cień, który pilnuje go bardziej niż on sam pilnuje lasu. Wygląda na to, że przyjaźń nie potrzebuje wielu słów – czasem wystarczy po prostu podany w porę silny bark i mokry nos wtulony w elficki but.

Komentarze