Przedpołudniowe słońce wesoło migotało między liśćmi, a las tętnił życiem. Clover i Fenris wyruszyli rano na krótki spacer, chcąc znaleźć szczaw dla babci Etty, ale goniąc za wyjątkowo szybkim, cytrynowym motylem, zupełnie stracili poczucie czasu. Gdy w końcu przystanęli, znajoma ścieżka zniknęła w gęstwinie paproci.
Clover mocno trzymała Fenrisa za rękę. Brat co prawda wcale nie wyglądał na zmartwionego, ale Clover wiedziała, że ich mama, Erina, pewnie już z niepokojem zagląda w stronę ścieżki, a dziadek Sylwion zaraz zacznie ich szukać.
— Zgubiliśmy się? — zapytał cicho Fenris, mrużąc swoje duże, bursztynowe oczy.
Clover przypomniała sobie słowa mamy: „Las zawsze mówi, gdzie jest dom, tylko musisz umieć słuchać”. Podeszła do starego, potężnego dębu, którego kora pamiętała pewnie jeszcze czasy pradziadków.
— Nie zgubiliśmy się, Fenrisie. Po prostu sprawdzam drogę do babci Etty — odpowiedziała z uśmiechem, choć w duchu poczuła ulgę.
Przesunęła dłonią po pniu. Z jednej strony kora była sucha i szorstka, ale z drugiej poczuła pod palcami kojącą miękkość. Był tam gruby, soczyście zielony dywan mchu, wilgotny i chłodny od rosy.
— Spójrz! — zawołała, wskazując na zieloną poduszkę. — Mech rośnie najchętniej tam, gdzie słońce rzadziej zagląda. To północ. A jeśli północ jest tam, to dom dziadków musi być dokładnie w tamtą stronę!
Fenris z zachwytem dotknął paluszkiem omszałej kory. Dzieci ruszyły pewnie przed siebie, idąc wzdłuż linii, którą wyznaczały im kolejne, pokryte mchem pnie. Las znów stał się przyjazny, a szum liści nad ich głowami brzmiał teraz jak ciche brawa dla dwojga małych odkrywców, którzy już za chwilę mieli poczuć ciepło domowego ogniska i usłyszeć rubaszny śmiech Sylwiona dochodzący z ganku.


Komentarze
Prześlij komentarz