Popołudnie na Wielkiej Polanie było tak ciepłe i ciche, że nawet pszczoły wydawały się bzyczeć o pół tonu niżej niż zwykle. Flik, po porannym zbieraniu szyszek dla Etty, uznał, że najwyższy czas na najważniejszy punkt dnia: wielkie patrzenie w niebo.
Położył się na miękkim, rozgrzanym mchu, splótł dłonie pod głową i mrugnął do słońca. Nad nim, na ogromnym błękitnym talerzu, zaczęły pojawiać się pierwsze obłoki. Dla kogoś innego byłyby to tylko chmury, ale dla Flika... och, Flik widział tam prawdziwą ucztę!
- No, zobaczmy, co tam dziś serwują - szepnął do siebie, mrużąc oczy z zachwytu.
Nad lasem powoli przepływała ogromna, puszysta chmura.
- To przecież góra bitej śmietany, którą Etta kładzie na letnie jagody - mruknął pod nosem, uśmiechając się do własnych myśli. - Widzę te puszyste brzegi... za chwilę spłyną słodyczą prosto na czubki sosen.
Chmura nad starym dębem zaczęła się powoli rozciągać, zmieniając kształt.
- A to? To musi być ogromny, maślany obwarzanek. Jeszcze ciepły, posypany cukrowym pyłem - zachichotał, oblizując wargi z przejęciem. - Tylko czekać, aż wiatr go przełamie i poczęstuje cały las.
Najbardziej jednak zachwyciła go chmura, która nadpłynęła od strony gór. Była różowa, podświetlona słońcem, okrągła i niezwykle puszysta.
- Wata cukrowa! - zawołał cicho do siebie, wyciągając rączkę w górę, jakby naprawdę mógł uszczknąć chociaż mały kawałek tego niebiańskiego deseru. - Najprawdziwsza, jagodowa wata cukrowa...
Leżał tak długo, aż jego brzuch zaczął cichutko pomrukiwać, domagając się realnych smakołyków. Bo choć chmury smakowały wyobraźnią i błękitem, nic nie mogło się równać z zapachem kolacji czekającej w Domu pod Wiązami.
Flik podniósł się z trawy, otrzepał portki z igliwia i ostatni raz spojrzał w górę. Słońce powoli chowało się za horyzont, zmieniając niebo w wielką misę malinowego sorbetu.
- Dzięki za podwieczorek! - rzucił w stronę nieba i pędem ruszył w stronę kuchni Etty, bo wiedział, że tam magia smakuje jeszcze lepiej.






Komentarze
Prześlij komentarz