Nowa misja Earyna

Earyn uwielbiał nocować w Lesie. I zawsze bardzo cenił poranną ciszę. Świt był dla niego czasem ostrzenia miecza, nasłuchiwania wiatru i picia gorzkiej, mocnej herbaty przygotowywanej na ognisku - w absolutnym spokoju. A przynajmniej tak było do dzisiejszego ranka.

Pobudka nie przyszła wraz ze śpiewem ptaków, ale z mokrym, błotnistym noskiem, który postanowił sprawdzić, czy ucho Strażnika jest jadalne.
– Chrum? – zapytał Rumbas, wspinając się z uporem godnym lepszej sprawy na klatkę piersiową Earyna.
Strażnik otworzył jedno oko. Przed nim, w odległości dwóch centymetrów, znajdował się najbardziej radosny ryjek w całym królestwie. Rumbas najwyraźniej uznał, że skoro Earyn uratował go z opresji, to teraz automatycznie został mianowany jego nową „mamą”, kucharzem i osobistym placem zabaw.
– Nie. Ma. Mowy. – mruknął Earyn, próbując owinąć się peleryną.
Rumbas jednak nie przyjmował odmowy. Wykonał serię radosnych podskoków na brzuchu wojownika, które zakończyły się efektownym ślizgiem na mokrej trawie. Gdy to nie pomogło, dziczek przeszedł do planu B: zaczął z niezwykłą pasją szarpać za rzemienie od butów Earyna, traktując je jak pyszne, skórzane spaghetti.
– Zostaw to, pasiaczku – westchnął Earyn, siadając zrezygnowany.
Rumbas natychmiast zastygł, przechylił głowę i wydał z siebie dźwięk, który brzmiał jak żądanie natychmiastowego śniadania. Strażnik, który potrafił przetrwać tydzień w dziczy o samej wodzie i korzonkach, nagle stanął przed największym wyzwaniem w swojej karierze: jak przygotować posiłek dla kogoś, kto ma energię małego tornada i apetyt smoka?
Skończyło się na tym, że wielki Strażnik Lasu, pogromca mrocznych cieni, siedział na pniu, cierpliwie krojąc na małe kawałeczki jabłko od Etty, podczas gdy Rumbas, siedząc mu na bucie, wydawał poganiające „chrumknięcia”.
– Jeśli komukolwiek o tym powiesz, Leo... – mruknął Earyn do przelatującego obok motyla, ale w kąciku jego ust błąkał się uśmiech, którego nie potrafił już ukryć.
Zaczynał rozumieć jedno: jego dni spokoju właśnie się skończyły. Zaczęły się dni pełne błota, chrumkania i... najdziwniejszej przyjaźni pod słońcem.

Komentarze