Pieśń Lioriel

Kiedy pierwsze światło świtu zaczyna przeciekać przez gęste korony starych dębów, Lioriel jest już na nogach. Jej stopy, przyzwyczajone do miękkości mchu, stąpają tak cicho, że nie wydają żadnego dźwięku. Dla niej las o poranku to nie tylko drzewa i rosa – to wielka, oddychająca mapa pełna niewidzialnych ścieżek, które zna tylko ona.

Lioriel lubi te chwile, gdy świat jeszcze się nie obudził. To wtedy najlepiej słyszy szept żywicy krążącej pod korą i drżenie liści, które dopiero przygotowują się do powitania słońca. Jej suknia, w kolorze głębokiego granatu nocnego nieba, powiewa lekko, zbierając krople rosy.
— Cierpliwości, mała — szepcze do Syrli, która siedzi na jej ramieniu, lekko mrużąc złote oczy. 
Sówka jest jedyną istotą, która w pełni rozumie milczenie Lioriel. 
Syrla nie potrzebuje słów, by wiedzieć, kiedy jej pani wyczuje iskrę starej magii ukrytej w korzeniach. Lioriel wierzy, że las ma swoje własne serce, ale wie też, że to serce miewa swoje mroczne dni. W głębi kniei istnieją miejsca, o których słońce zapomniało, gdzie cień stał się zbyt ciężki, a chłód przenika do szpiku kości. 
Wyciąga zza paska brzozowy flet. Gładzi palcami chłodne drewno i przez chwilę po prostu stoi w bezruchu. Często myśli o tym, że czas w lesie płynie inaczej. Ludzie i inne istoty wiecznie się spieszą, gonią za chwilą, a ona woli trwać. Lubi zapach starej kory, chłód porannej mgły i moment, w którym jej muzyka zaczyna splatać się z szumem wiatru.
Jej trwanie nie jest jednak bezczynne. Lioriel jest tą, która schodzi do najgłębszych jarów, by odgonić to, co chce stłamsić życie. Słyszy, gdy prastary dąb zaczyna chorować od środka, trawiony przez szeptany mrok, i wie, że musi zadziałać, zanim cień zacznie się rozprzestrzeniać.
W jej dłoniach flet to nie tylko instrument. To klucz i oręż. Gdy przykłada go do ust i wydobywa pierwszy, niski dźwięk, powietrze wokół pnia starego dębu zaczyna drżeć. To nie jest mroczna siła – to po prostu przebudzenie czegoś, co spało od wieków, dawnej potęgi, która chroni las przed rozkładem. Lioriel patrzy, jak na korze pojawia się delikatna, świetlista nitka, tworząca kontur przejścia.
„Portal to nie ucieczka” — myśli często. To jedyna droga tam, gdzie nikt inny nie odważy się wejść. Dzięki niemu może być tam, gdzie korzenie potrzebują wsparcia, albo tam, gdzie cisza stała się zbyt ciężka od zapomnianej krzywdy. Lioriel nie boi się mroku; ona go zna, rozumie i potrafi go ukoić swoją muzyką. 
Zanim słońce wzejdzie na dobre, Lioriel zniknie w błękitnej poświacie pnia, zostawiając po sobie jedynie zapach gorzkich ziół i echo melodii, która jeszcze długo będzie kołysać liście do snu, trzymając cienie na dystans. Taka właśnie jest – cicha, tajemnicza, ale nierozerwalnie związana z każdym źdźbłem mchu, po którym stąpa, by strzec równowagi między światłem a mrokiem.

Komentarze