W oddalonej nieco Bursztynowej Pasiece, na skraju Lasu, u stóp Szafirowego Wzgórza, powietrze drżało od jednostajnego, uspokajającego brzęczenia. Abeja boso stąpała po nagrzanej trawie. Wiedziała, że dzisiejszy poranek jest wyjątkowy – rosa nie zniknęła wraz z pierwszymi promieniami słońca, lecz zamieniła się w lśniące brylanty, które jej podopieczne rzetelnie zbierały wraz z najsłodszym nektarem.
Abeja przygotowywała ratunek dla Lioriel. Wiedziała, że nowa strażniczka spędziła całą noc przy prastarych dębach, a jej flet musiał wygrać wiele trudnych nut, by uciszyć szeptany mrok.
— No już, moje złote dziewczynki — szepnęła Abeja, podchodząc do ula, który wyglądał, jakby został wyrzeźbiony z samego bursztynu. — Potrzebujemy najczystszego światła. Dzisiejszy miód musi mieć moc, która rozproszy resztki nocnych cieni.
Wzięła do rąk kryształowy słoik. Stanęła w samym środku snopa słońca, który wpadał między sosny, i czekała, aż jej pszczoły zaczną tańczyć wokół szklanego naczynia.
Zaczęło się dziać coś niezwykłego: pszczoły kręciły się wokół słoja coraz szybciej i szybciej, aż stały się błyszczącą, brzęczącą spiralą, a sól szybko wypełnił się lśniącym, niemal przezroczystym miodem.
Abeja wróciła do pracowni, dodała do niego jeszcze szczyptę sproszkowanych płatków szafirków, i kropelkę soku z najwcześniejszych malin, które jakimś cudem dojrzały już w jej słońcu.
— Gotowe — mruknęła, zamykając słoik i okręcając pokrywkę lnianym płótnem. — Czyste, majowe ciepło.
Kiedy kilka godzin później Lioriel usiadła na progu chaty, Abeja podała jej czarkę parującej herbaty z ogromną łyżką złotego skarbu. Lioriel wzięła pierwszy łyk i nagle poczuła, jak błękitna poświata portali, którą miała pod powiekami, zmienia się w ciepły blask.
— To smakuje jak… poranek, który nigdy się nie kończy — szepnęła Lioriel, a na jej policzki wreszcie wróciły kolory.
Przez chwilę panowała cisza.
— Wiesz — zaczęła cicho Abeja — słońce i mrok rzadko się spotykają, ale u nas w Lesie po prostu muszą ze sobą współpracować. Ja dbam o to, co rośnie w pełnym blasku, a Ty pilnujesz tego, co śpi w cieniu. To sprawia, że jesteśmy jak dwie strony tego samego liścia.
Lioriel spojrzała na Abeję i po raz pierwszy od wielu dni jej oczy stały się jasne. Odstawiła czarkę i uśmiechnęła się szczerze, czując, jak ciężar nocnej warty wreszcie z niej opada.
— Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób — przyznała. — Zawsze czułam się tylko samotną strażniczką granic. Tutaj, przy Tobie, czuję się po prostu... bezpieczniej. Jak u starszej siostry.
Abeja zaśmiała się perliście i lekko trąciła Lioriel ramieniem, tak jak robią to dobre przyjaciółki.
— Bo dom to nie tylko cztery ściany, Lioriel. To ktoś, kto poda ci miód, gdy zmarzniesz, i ktoś, kto po prostu obok Ciebie posiedzi. Myślę, że te nasze spotkania przy ulu wejdą nam w krew szybciej, niż słońce chowa się za horyzontem.
Siedziały tak jeszcze chwilę w radosnym milczeniu, ciesząc się swoją obecnością. Abeja wiedziała już, że od teraz każdy słoik słońca będzie smakował lepiej, bo w końcu zyskała kogoś, komu może zaufać i z kim może szczerze porozmawiać o trudach i urokach leśnego życia.







Komentarze
Prześlij komentarz