Dla kogoś, kto ma zaledwie kilka miesięcy, salon w Domu na Leśnej Polanie to niezmierzony kontynent pełen cudów i zagadek. Mały Leo, ubrany w swoje ulubione lniane spodenki w kolorze szałwii, uznał, że dzisiejsze popołudnie to idealny czas na wielką, pierwszą ekspedycję.
Jego celem była lśniąca, czerwona biedronka, która właśnie wylądowała na samym środku miękkiego, szmaragdowego dywanu z mchu.
– A-gu! – ogłosił Leo z powagą, co w języku elfich niemowląt oznaczało pewnie: „Ruszajmy, przygoda czeka na wyciągnięcie rączki!”.
Z determinacją godną największych odkrywców, Leo zaczął pełznąć przez gęstą zieleń. Każdy centymetr był wyzwaniem. Musiał ominąć wielką przeszkodę (porzucony kapeć Dziadka Sylwiona) i przetrwać „pustynię” nasłonecznionego fragmentu podłogi. Jego bursztynowe oczy płonęły ciekawością, a małe dłonie z zachwytem badały fakturę dywanu z mchu – tak inną od drewna czy chłodnej kory.
Gdy w końcu dotarł do celu, biedronka – zupełnie nieświadoma, że stała się celem wyprawy stulecia – weszła prosto na jego mały paluszek. Leo zastygł. Przestał nawet machać nóżkami. Patrzył na małe, czarne kropki na czerwonym pancerzyku z taką czcią, jakby odkrył największy skarb w królestwie. Na jego buzi wykwitł najszczerszy uśmiech, a w bursztynowych oczach zalśniło czyste szczęście.
Elora, obserwująca go z progu, poczuła, jak ogarnia ją fala spokoju. Wiedziała, że dla świata to tylko dziecko na podłodze. Ale dla Leo to był moment, w którym odkrył, że świat jest zachwycający, bezpieczny i na wyciągnięcie ręki.


Komentarze
Prześlij komentarz