Świetliki

 Earyn był zamyślony. Jeszcze nigdy nie czuł się tak, jak dziś.

Stał na polanie i po raz pierwszy od stu lat nie słuchał lasu. Słuchał siebie. Coś w środku mówiło mu, że ten wieczór nie będzie taki jak inne. Nie było w tym lęku, raczej dziwne, mrowiące oczekiwanie.
Świetliki pojawiły się nagle. Nie prosił ich o to, po prostu przyszły. Jedna mała iskra usiadła mu na jego otwartej dłoni. Była ciepła - aż zbyt ciepła jak na owada. Pulsujący blask oświetlał jego twarz, ale Earyn patrzył gdzieś dalej, poza zasięg światła.
– Czego szukamy? – zapytał na głos, choć wokół nie było nikogo.
Głos mu zadrżał. To było coś nowego, coś, co czuł gdzieś w głębi siebie... Earyn rzadko miewał wątpliwości, bo jego świat opierał się na prostych zasadach: pomagał, gdy ktoś go potrzebował. Tyle że teraz czuł się tak, jakby ktoś w jego sercu coś do niego mówił, a on nie był w stanie tego zrozumieć. 
 Podszedł do białej brzozy i wtedy go zobaczył. Szafirowy skrawek materiału. Jedwabna szarfa zaplątana w liście, która zmieniła wszystko.
Ostrożnie wyplątał tkaninę. Pachniała morską solą i dzikim jaśminem. Takich zapachów nie było w tym lesie. Wstążka była jedwabista i chłodna. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że w głębi gęstwiny mignął cień jasnej szaty, ale gdy mrugnął – zastał tam tylko noc.
Schował wstążkę do kieszeni, a serce uderzało w nowym, nieznanym rytmie. Nie wiedział, do kogo należy ten znak, ale wiedział jedno: las przestał być dziś bezpiecznym, przewidywalnym domem. Stał się obietnicą.
Uśmiechnął się do księżyca i ruszył przed siebie, znikając bezszelestnie między drzewami. Nie potrzebował drzwi ani ognia w kominku. Domem był szum liści nad głową.
– Dobranoc, tajemnico – szepnął, zaciskając dłoń na ukrytym w kieszeni szafirze. 

Komentarze