Srebrzysty Strumień dziś rano stał się wyjątkowo porywczy. Woda huczała między kamieniami, a jej zwykle łagodny nurt zamienił się w prawdziwy górski potok. Właśnie w taki dzień żuczek Henryk, najbardziej sumienny listonosz z Leśnej Sztafety, miał do dostarczenia pilną przesyłkę na drugi brzeg. Normalnie zrobiłaby to sarenka Hania, albo gołąb Maciek, ale obaj dostarczali ważne listy w zupełnie innych częściach Lasu.
Wystarczyła chwila nieuwagi. Henryk, objuczony torbą z listami, poślizgnął się na wilgotnym kamieniu i z głośnym „brzdęk!” wylądował prosto w spienionej wodzie. Skrzydełka momentalnie zamokły, a torba nieomal mu wypadła - na szczęście los mu sprzyjał – wpadł prosto na duży, sztywny liść dębu, który akurat przepływał obok.
– Na mchy i paprocie! Ratunku! – brzęczał Henryk, przebierając rozpaczliwie nóżkami, ale liść wirował w nurcie jak szalona karuzela.
Zefir, który akurat siedział na piaszczystym brzegu przy Starym Moście i strugał nową piszczałkę, usłyszał to nietypowe brzęczenie. Poderwał się na równe nogi. Widok żuczka pędzącego na dębowym listku w stronę kaskady zmroził mu krew w żyłach.
– Trzymaj się, Henryk! – krzyknął Zefir, rzucając piszczałkę w piach.
Młody elf wiedział, że nie ma dużo czasu. Musiał działać szybko. Wskoczył do strumienia, i w ostatniej chwili, gdy liść z Henrykiem mijał jego stanowisko, Zefir złapał liść w obie dłonie i bezpiecznie wyniósł go na brzeg.
Przez chwilę obaj milczeli, sapiąc z wysiłku. Henryk, wciąż kurczowo trzymając się swojej torby, powoli wyprostował czułki.
– Panie Zefirze... – wykrztusił wreszcie żuczek. – Gdyby nie pan, moje listy czytałyby teraz pstrągi na dnie jeziora. Dziękuję.
Zefir zaśmiał się, strząsając wodę z włosów.
– Daj spokój, Henryk. Przecież nie mogłem pozwolić, żeby najważniejsza poczta w lesie zamokła. Ale następnym razem, jak będziesz chciał pożeglować, pożycz od Tuka łupinę orzecha. Jest stabilniejsza!
Zefir odprowadził lekko oszołomionego Henryka pod Dom pod Wiązami, gdzie Etta już czekała z kawałkiem wełnianej szmatki, żeby osuszyć dzielnego listonosza. Zefir natomiast, mimo że mokry do suchej nitki, szedł z dumnie podniesioną głową. Bycie bohaterem, nawet takim przypadkowym, smakowało lepiej niż najsłodsza jagoda.





Komentarze
Prześlij komentarz