Wiewiórka Basia uważała się za najważniejszy trybik w Leśnej Sztafecie Pocztowej. Podczas gdy gołąb Maciek i sarenka Hania marzyli o dalekich podróżach, ona wiedziała, że to tutaj – między jagodziskiem a starym dębem – dzieją się rzeczy najistotniejsze.
No, jest jeszcze oczywiście żuczek Henryk, ale Basia właściwie nie brała go w ogóle pod uwagę, twierdząc że obsługa podziemnych korytarzy to coś poniżej jej możliwości.
Tego poranka jej zielona torba pękała w szwach. Miała tam pilną przesyłkę - z syropem z sosny - od doktora Ambrożego do Earyna (na kaszel, który Ambroży przypadkiem usłyszał kiedy Earyn przechodził w pobliżu), listę zakupów od Etty do Abei i najważniejsze: zaproszenie na wieczorne ognisko u Idril.
— Jeśli nie dostarczę tego przed pierwszą rosą, Sylwion znowu powie, że nie przyszedł, bo nie wiedział! — mruknęła Basia, sprawdzając, czy rzemyki jej torby są rzetelnie dociągnięte.
Ruszyła. Prawie nie biegała po ziemi – ziemia była zbyt wolna i pełna wystających korzeni, o które Rumbas wiecznie zahaczał raciczkami. Ona rządziła na „Autostradzie Wiewiórek”.
Jeden sus na gałąź sosny, odbicie od sprężystego modrzewia i szybki zjazd po pniu brzozy.
Nagle, w połowie drogi do domu Sylwiona, drogę zagrodził jej Barnaba. Stał na środku ścieżki, którą musiała przebiec, by ominąć wielkie kępy kolczastych krzaków. Trzymał duży, lśniący orzech laskowy, który najwyraźniej wypadł komuś z zapasów.
— Barnabo! Przejście służbowe! — pisnęła Basia, machając rudym ogonem jak semaforem. — Mam pilne pismo do Sylwiona!
— Orzech… ciężki… logistyka… — sapnął chomik, ani myśląc o ustąpieniu miejsca.
Basia wiedziała, że w takich chwilach dyplomacja nie działa. Zrobiła to, co robiła od lat: wybiła się z tylnych łapek, wykonała nad Barnabą efektowne salto (przy okazji zahaczając puszystym ogonem o jego ucho) i wylądowała dokładnie tam, gdzie chciała.
Dwie minuty później zaproszenie leżało już na stole u Sylwiona, a lista zakupów trafiła prosto w ręce Abei.
Basia usiadła na gałęzi, otrzepała kitę i z satysfakcją spojrzała na słońce, które dopiero co wychyliło się zza wierzchołków sosen.
— Pięć minut przed czasem — stwierdziła dumnie. — W tym Lesie beze mnie wszystko by stanęło w miejscu!




Komentarze
Prześlij komentarz