To miało być spokojne popołudnie. Idril wybrała się na Polanę Zapomnianych Niezapominajek, którą przecinał Srebrzysty Strumień. Zbierała kwiaty do wazonu, nucąc pod nosem, gdy nagle niebo nad odległymi górami pociemniało.
Gwałtowna, krótka ulewa w górnym biegu rzeki sprawiła, że potok, zwykle leniwie szemrzący, w mgnieniu oka zmienił się w ryczącą, brązową bestię.
Gdy Idril podniosła wzrok z naręczem błękitnych kwiatów, przejście, którym przyszła, zniknęło pod kłębiącą się pianą. Woda podmywała brzegi polany z przerażającą prędkością.
– Aarien! – zawołała, choć jej głos zdawał się niknąć w huku wody.
Nagle po drugiej stronie brzegu, między mokrymi paprociami, pojawiła się znajoma sylwetka. Aarien biegł, nie zważając na błoto i smagające go gałęzie. Stanął nad krawędzią, patrząc z przerażeniem na wzbierający nurt, który dzielił go od Idril.
– Idril! Nie ruszaj się! – krzyknął, szukając wzrokiem powalonego pnia.
Znalazł starą olchę, którą woda już zaczynała przesuwać. Z nadludzkim wysiłkiem, zapierając się butami o śliski grunt, pchnął ciężkie drzewo tak, by jego korona oparła się o drugi brzeg. Most był chwiejny i zalewany przez fale, ale był jedyną szansą.
– Podaj mi rękę! – wyciągnął ramię tak daleko, jak tylko mógł, balansując na krawędzi.
Idril, trzymając wciąż kurczowo swoje kwiaty, postawiła stopę na śliskiej korze. Serce waliło jej jak oszalałe, gdy zimna woda obmyła jej kostki. Jeden fałszywy krok i nurt porwałby ją w głąb lasu. Gdy była w połowie, pień drgnął pod naporem wody. Idril zachwiała się, a kwiaty wypadły jej z dłoni, płynąc z prądem.
Dłoń Aariena zacisnęła się na jej nadgarstku jak żelazna obręcz. Jednym silnym szarpnięciem przyciągnął ją do siebie, prosto w bezpieczne objęcia na stabilnym brzegu.
Upadli oboje w wysoką trawę, przemoczeni i drżący, podczas gdy pień olchy z hukiem odpłynął w dół rzeki.
– Kwiaty... zgubiłam je – szepnęła Idril, chowając twarz w jego mokrej koszuli.





Komentarze
Prześlij komentarz