Gwiazdy dla Etty


Sylwion rzadko opuszczał bezpieczny cień swoich wiązów, by zapuszczać się aż na Skraj Lasu, tam gdzie drzewa rzedły, ustępując miejsca białym, smukłym wieżom elfiej osady. Tego dnia jednak cel wyprawy był szczególny.

Na elfim targu nie było krzyków ani pośpiechu. Kupcy wykładali swoje towary na tkanych chustach, a powietrze drżało od cichego dźwięku harf i zapachu żywicy z dalekich, południowych borów. Sylwion szedł powoli, stukając kosturem o jasny kamień bruku, aż zatrzymał się przy stoisku starej elfki o dłoniach sękatych jak korzenie starej olchy.

Przed nią, na kawałku aksamitnego mchu, leżał niewielki przedmiot – szklany lampion w kształcie dzwonka, ujęty w misterne ramy z kutego srebra. W jego wnętrzu nie palił się ogień, lecz migotał zamknięty blask porannej rosy.

– To dla kogoś, kto potrafi docenić światło w najciemniejszą noc? – zapytała staruszka, nie podnosząc wzroku.

Sylwion skinął głową, ostrożnie biorąc lampion do ręki. Był chłodny i lekki jak piórko. Pomyślał o Etcie, o tym, jak każdego wieczoru zapala świecę w oknie kuchni, by wskazać mu drogę, gdy wracał spóźniony z głębi lasu.

W drodze powrotnej, gdy wieże osady zniknęły za gęstwiną jodeł, Sylwion szedł wolniej, pozwalając myślom płynąć swobodnie. Przypominał sobie ich pierwsze wspólne lata, kiedy las był jeszcze nieoswojony i dziki. Pamiętał, jak Etta zbierała pierwsze zioła do swojego zeszytu, a on ciosał pierwsze ławy do ich wspólnej izby.

– Tyle zim minęło – mruknął do siebie, patrząc jak lampion w jego dłoni zaczyna jarzyć się delikatnym, błękitnym światłem w zapadającym zmierzchu. – Tyle razy las próbował nas wystraszyć, a ona zawsze miała w sobie ten spokój, który uciszał nawet największą wichurę.

Przypomniał sobie smak herbaty z igliwia, którą pili, siedząc na progu jeszcze niewykończonego domu, i to, jak Etta śmiała się, gdy wiatr rozwiewał jej włosy. Każdy rok w Domu pod Wiązami był jak kolejny słój w pniu drzewa – ukryty, ale dający siłę całości.

Gdy w końcu między gałęziami błysnęło znajome światło okien ich domu, Sylwion poczuł to samo ciepło w piersi, co przed laty. Nie musiał już biegać po świecie, by szukać skarbów. Wszystko, co najcenniejsze, mieściło się pod tym jednym dachem, pod osłoną wielkich wiązów.

Wszedł do kuchni cicho, kładąc srebrny lampion na dębowym stole.

– Przyniosłem ci odrobinę gwiazd, Etto – powiedział, a jego głos był tak miękki, jak mchy, po których stąpał. – Żebyś już nigdy nie musiała czekać w ciemności, nawet gdybym się spóźniał.

Komentarze