Odkąd urodził się Leo, w Domu na Leśnej Polanie czas płynął inaczej.
Mały Leo leżał w wiklinowym koszu, wymoszczonym najmiększą wełną, i pilnie obserwował kurz tańczący w smugach światła. Nie był już tym kruchym zawiniątkiem, które niedawno przez większość dnia i nocy cichutko spało. Urósł, a jego policzki stały się pucołowate i różowe, jak dojrzałe papierówki.
Nagle, gdy Elora zaczynała zagniatać ciasto na maślane bułeczki, z kosza dobiegło ciche:
— Ghuuu... A-guuu!
Elora zamarła z dłońmi w mące. Spojrzała na Caladmira, który właśnie ostrzył scyzoryk przy oknie.
— Słyszałeś? — szepnęła ze łzami wzruszenia w oczach.
Leo nie zamierzał przestać. Machał małymi rączkami, jakby chciał złapać cały świat, i zaczął swoje radosne gruchanie.To była pierwsza, najszczersza próba opowiedzenia o tym, jak bardzo podoba mu się ten las.
Jantar, rudy lisek, natychmiast wskoczył na ławę obok kosza. Leo, widząc puszystą kitę, zaśmiał się tak głośno, że aż dostał czkawki. Mała rączka powędrowała w stronę rudego futerka, zaczepiając przyjaciela z niezwykłą śmiałością.
— On nas woła, Caladmirze! — zaśmiała się Elora, wycierając ręce w fartuch i pochylając się nad synkiem. —Leo już nie tylko patrzy, on zaczyna nas zapraszać do swojej bajki!
Nawet miś Baryłka, który drzemał na progu (od rana liczył, że dostanie jakąś bułeczkę), uniósł jedną powiekę i mruknął z aprobatą.
Leo gruchał do każdego: do słońca na ścianie, do zapachu drożdży i do błękitnej wstążki, która wisiała przy oknie.
Tego dnia praca w kuchni szła dwa razy wolniej, bo każdy musiał choć na chwilę przystanąć przy koszu, by odpowiedzieć na to małe, dziecięce „pytanie” o świat.
W Lesie z Mchu i Paproci narodziła się nowa muzyka – muzyka życia, które rozkwita z każdym dniem. ✨👶🌿



Komentarze
Prześlij komentarz