Zagadka nieśmiałego dzwonka

Liri i Fio każdego ranka uwijały się od świtu, budząc pąki kwiatów delikatnym muśnięciem skrzydeł. Mknęły nad mchem tak szybko, że zostawiały za sobą świetliste smugi, przypominające nitki babiego lata. Każdy kwiat, którego dotknęły, otwierał swoje płatki z radosnym drżeniem, jakby dziękował za to czułe, poranne powitanie.
Jednak na skraju polany, tuż pod starym dębem, wróżki zatrzymały się zdumione.
Pośrodku kępy szafirowych dzwonków wyrósł jeden, który był zupełnie inny. Choć miał idealny kształt, jego płatki pozostawały beznamiętnie szare, jakby zapomniał, jak przyjąć kolor.
– Może zabrakło mu błękitu nieba? – zaniepokoiła się Fio, wachlując kwiatek swoimi lazurowymi skrzydełkami.
– A może zaspał, gdy słońce rozdawało barwy? – dodała Liri, sypiąc na niego złocisty pyłek z macierzanki.
Nic nie pomagało. Szary dzwonek smętnie zwieszał główkę. Wróżki poleciały po radę do Idril, która w pobliżu właśnie zbierała poranną rosę. Elfka uklękła przy kwiatku i uśmiechnęła się łagodnie.
– On nie jest chory – szepnęła Idril. – On po prostu jest wyjątkowo nieśmiały. Czeka na kogoś, który doda mu odwagi.
Fio i Liri spojrzały po sobie. Podleciały do dzwonka i najpierw mocno się do niego przytuliły, a potem zaczęły trzepotać skrzydełkami tak szybko, że powietrze zadrgało, wydając dźwięk podobny do srebrnego dzwoneczka. Wtedy stało się coś magicznego. Szarość zaczęła pękać, a spod niej wypłynął najczystszy, perłowy fiolet.
Dzwonek wyprostował się i dumnie zadźwięczał w porannym wietrze. Okazało się, że czasem, by rozkwitnąć, nie trzeba słońca, lecz kogoś, kto po prostu przy nas posiedzi i doda nam otuchy.

Komentarze