Wszystko zaczęło się od niewinnego pytania Faelana: „Oak, czy myślisz, że korony drzew dotykają nieba?”. Oak, zamiast odpowiedzieć, po prostu wskazał na sękaty pień starego dębu i zaczął poprawiać rzemyki u swoich butów.
Wspinaczka trwała całe przedpołudnie. Dla nich każdy płat odstającej kory był półką skalną, a każda kępka mchu wyrastająca w zagłębieniu gałęzi – miękką przystanią na odpoczynek.
Kiedy Oak i Faelan postawili stopy na najwyższej, bezpiecznej gałęzi starego dębu, obaj na chwilę wstrzymali oddech. Wiatr tutaj brzmiał zupełnie inaczej, niż na dole. Śpiewał pieśń o wolności, tarmosząc ich zielone czapeczki.
Faelan pierwszy odzyskał głos. Wyciągnął rączkę, wskazując na dół:
– Oak, spójrz! To nasz Srebrzysty Strumień! Wygląda stąd jak nitka babiego lata, którą ktoś zgubił w mchu.
Oak zmrużył oczy, opierając się o szorstką korę. Z tej wysokości świat przestał być labiryntem, a stał się mapą.
– A tam, widzisz to małe, brązowe ziarenko pod olbrzymimi liśćmi? – Oak wskazał w drugą stronę. – To dom Etty i Sylwiona! Komin dymi, pewnie Etta parzy swoje zioła!
Przez dłuższą chwilę milczeli, w dal. Na północy niebo podpierały sine, groźne Góry, których szczyty wciąż lśniły bielą.
Ale to południe skradło ich serca. Tam, gdzie zieleń lasu nagle się kończyła, niebo spotykało się z ziemią w dziwny, migoczący sposób.
– Czy to... czy to jest Morze? – szepnął Faelan z niedowierzaniem.
– Tak, Faelanie – mruknął Oak, czując na twarzy słony posmak przygody. – To Wielka Woda. Mówią, że tam świat się kończy, ale ja myślę, że on się tam dopiero zaczyna.
Siedzieli tak ramię w ramię, mali strażnicy ogromnego świata, wiedząc już, że ich Las jest tylko jedną, piękną wyspą w morzu cudów, które czekają na odkrycie.
– Widzisz? – mruknął Oak, mrużąc oczy od słońca. – Z dołu świat czasami wydaje się chaotyczny, a stąd... stąd widać tylko, jak wszystko do siebie pasuje.
Siedzieli tam długo, mali strażnicy wielkiego widoku, czując na twarzach wiatr, który na dole nigdy nie wiał tak odważnie.




Komentarze
Prześlij komentarz