Dla większości mieszkańców Lasu z Mchu i Paproci poranna burza była tylko krótkim, odświeżającym deszczem. Ale dla Tuka, małego elfa w czapeczce z mchu, była to wielka ulewa.
Gdy niebo się wypogodziło, Tuk wygramolił się ze swojej dziupli w starej sośnie. Za sobą ciągnął swój najcenniejszy dobytek: nienagannie wypolerowaną, pustą łupinę włoskiego orzecha - miał plan!
Znalazł idealny liść dzwonka, z którego wciąż spływały wielkie, krystaliczne krople. Z cierpliwością godną mędrca, podstawił orzechową łupinę pod krawędź liścia.
Kap... kap... PLUSK!
Wystarczyły trzy krople, by orzech wypełnił się po brzegi „żywą wodą”, która pachniała ozonem i lasem. Tuk usiadł na krawędzi swojej łodzi-wanny i zanurzył w niej mały palec. Woda była chłodna i tak czysta, że odbijało się w niej całe błękitne niebo.
– Moje własne spa... – szepnął, poprawiając czapeczkę, która niemal spadła mu do wody.
Nagle nad jego głową załopotały skrzydła. Wielki, błękitny motyl, zwabiony blaskiem wody, usiadł na samym czubku liścia nad Tukiem. Cały liść zadrżał, a ogromna, spóźniona kropla deszczu, wielka jak pięść Tuka, spadła prosto do orzecha!
Tuk nawet nie zdążył zasłonić się rączkami. Woda oblała go całego, od stóp do głów. Elf wypluł odrobinę wody, spojrzał na motyla, który niewinnie czyścił czułki, i zaczął się śmiać.
– No cóż – mruknął, wyżymając kaftanik. – Przynajmniej kąpiel mam już z głowy, bez wchodzenia do środka!




Komentarze
Prześlij komentarz