Wszystko zaczęło się od wyjątkowo dużego pęczka suszonej lawendy, który Etta zostawiła na chwilę na ganku. Dla przeciętnego mieszkańca lasu był to po prostu zapas ziół, ale dla Barnaby – puszystego chomika o ambicjach wielkiego architekta – był to sygnał od losu.
– „Idealna izolacja” – mruknął Barnaba, po czym, zamiast zanieść lawendę do swojej starej nory, po prostu przeciągnął ją kawałek dalej, pod szeroki, dębowy próg Domu pod Wiązami.
Miał już tam kilka skarbów: srebrny naparstek, który któregoś dnia stoczył się ze stołu, przy którym Etta naprawiała swój fartuch; błyszczący guzik, który znalazł na ścieżce nieopodal; i sporo smacznych nasion, które traktował jako przekąskę przed snem.
Przez trzy dni nikt niczego nie zauważył. Jedynie Sylwion, wychodząc rano z kubkiem naparu, dziwił się, że wycieraczka z mchu wydaje się jakby... bardziej puszysta i dziwnie „oddycha”. Prawda wyszła na jaw dopiero w czwartek, kiedy wiatr ustał, a w całym Lesie zapanowała rzadka, krystaliczna cisza.
Sylwion właśnie zamierzał postawić stopę na stopniu, gdy usłyszał stłumione, rytmiczne chrobotanie. Brzmiało to tak, jakby sam Dom pod Wiązami postanowił nagle zjeść twardego orzecha. Sylwion zamarł, odstawił kubek i uklęknął na mchu, by przyjrzeć się szczelinie pod progiem.
Wtedy to zobaczył.
Dwa czarne, lśniące jak szafiry paciorki oczu wpatrywały się w niego z głębi lawendowego puchu. Barnaba, przyłapany na gorącym uczynku (a konkretnie na próbie wciągnięcia pod próg całego żołędzia, który za nic nie chciał przejść przez wejście), zamarł w bezruchu, udając puszysty otoczak.
— Barnaba? — westchnął Sylwion, masując czoło. — Czy ty właśnie urządziłeś sobie sypialnię dokładnie tam, gdzie codziennie rano o mało nie skręcam karku?
Chomik-łamaga, widząc, że kamuflaż „na kamień” nie działa, wypiął dumnie pierś i z trudem wypchnął żołądź na zewnątrz, prosto pod nogi elfa. Wyglądało to tak, jakby próbował zapłacić czynsz z góry.
— To ma być łapówka? — zapytał Sylwion, ale w jego głosie nie było złości, tylko to dobrze znane rozbawienie. — Nie możesz tu zostać, mały rozrabiako. Tu jest przeciąg, a Etta zaraz zacznie tu zamiatać swoją brzozową miotłą.
Barnaba jednak ani drgnął. Zamiast uciekać, zaczął energicznie poprawiać lawendowe poszycie, jakby chciał pokazać, że nigdzie się nie wybiera. Na koniec zwinął się w kulkę i zaczął cichutko chrapać, całkowicie ignorując fakt, że nad jego głową stoi jeden z najpotężniejszych Strażników Lasu.
Sylwion postał chwilę w milczeniu, po czym uśmiechnął się pod wąsem.
— No dobrze, lokatorze na gapę. Ale jeśli znowu potknę się o twoje zapasy orzechów, osobiście przeprowadzę cię do spiżarni Gruma.
I tak Barnaba został oficjalnym „odźwiernym” Domu pod Wiązami. Od tamtej pory Sylwion zawsze sprawdza, gdzie stawia nogę, a pod progiem, zamiast przeciągu, czuć zapach lawendy i słychać miarowe chrupanie...




Komentarze
Prześlij komentarz