Poranne czary Etty

Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły zaglądać przez okna Domu pod Wiązami, Etta była już na nogach. Boso, czując pod stopami chłodną jeszcze rosę, wyszła do ogrodu, by przywitać swoje podopieczne – zioła.

– Każde z was potrzebuje czegoś innego, prawda? – szepnęła do kępy szałwii, przesuwając po jej pomarszczonych liściach dłonią, która sama przypominała mapę pełną mądrych ścieżek.
Zbiór ziół w Lesie z Mchu i Paproci był rytuałem powtarzanym dwa razy w ciągu roku. Etta wiedziała to, czego wielu już zapomniało: że zioło zerwane z wdzięcznością leczy podwójnie. Część roślin – te o silnych, mięsistych łodygach, jak dziurawiec czy oregano – rozłożyła na lnianych płachtach w pełnym słońcu. Śmiała się, że one „piją światło”, by zimą oddać je w gorącym naparze.
Jednak te najdelikatniejsze, jak błękitne kwiaty Srebrzystych Dzwonek (Aelindil) czy młoda melisa, powędrowały do chłodnego, bezpiecznego mroku spiżarni. Etta wiązała je w pęczki i wieszała u powały. Wierzyła, że w cieniu, z dala od palącego słońca, zioła zachowują swoje sny. A sny te są potrzebne, by koić lęki i sprowadzać spokojny odpoczynek.
W spiżarni pachniało ziemią, czasem i spokojem. Etta, gładząc wysuszone już płatki nagietka, zamyśliła się na chwilę.
– Życie jest jak te zioła – mruknęła do siebie. – Czasem potrzebujemy wystawić twarz do słońca, by nabrać mocy, a czasem musimy skryć się w cieniu, by nie stracić własnego aromatu i w ciszy dojrzeć do tego, co ma nadejść.
Szykowała te zapasy na wyjątkowe okazje, bo wiedziała, że serce lasu bije w każdym z jej przyjaciół z osobna. 
Dziś szykowała ziołowe skarby dla Earyna i jego nowego podopiecznego, Rumbasa.   Szykowała kojące maści na zadrapania dla małego, ciekawskiego dziczka i herbatę „Na Dobrą Myśl” dla Strażnika, którego surowe serce zaczęło wczoraj pękać z czułości – wiedziała, że taka przemiana bywa wyczerpująca.
Z najwyższą delikatnością wybierała też najmiększe płatki białej melisy dla malutkiego Leo. Dla niego szykowała „Kropelki Słodkich Snów” – by nocne lęki trzymały się z dala od jego kołyski, a brzuszek nie dokuczał po całodniowych uśmiechach.
Dla małej Miriol, która choć jeszcze niziutka, już dzielnie mieszała w swoim pierwszym kociołku, Etta suszyła najświeższy tymianek i cząber. Wiedziała, że dziewczynka marzy, by jej potrawy miały ten magiczny zapach, który sprawia, że każdy strudzony wędrowiec czuje się w jej kuchni bezpiecznie, jak w domu.
Z myślą o Sylwionie ucierała w moździerzu suszone owoce jarzębiny – miały rozjaśnić jego umysł, gdy starzec gubił się w gąszczu własnych kronik i wspomnień. A dla Idril, której mądrość jaśniała nad lasem niczym gwiazda, Etta starannie wybierała płatki dzikiej róży i błękitne dzwonki Aelindil, by przygotować kojące olejki na czas, gdy niepokój lasu stawał się zbyt ciężki do udźwignięcia.
Poranne czary Etty polegały na pamiętaniu o innych, zanim oni sami pomyślą o sobie.

Komentarze