Ambroży Pukawka ledwo nadążył z zawiązaniem rzemyka przy torbie Hani, a sarenka już przebierała kopytami. Dzisiejsza przesyłka była mała, ale pilna – lniany woreczek pełen suszonej kory wierzby dla starego bobra, któremu „łupanie w ogonie” nie pozwalało dokończyć budowy nowej tamy.
– Pamiętaj, Haniu, nie biegnij przez sypkie piaski nad brzegiem! – zawołał Ambroży, ale sarenka była już na skraju polany.
Hania pędziła jak strzała, czując na pysku rześkie powietrze. Postanowiła biec skrótem przez Gęstwinę Cierni, ale nagle usłyszała głośne sapanie. To stary jeleń, pan Rogalski, zaplątał się potężnym porożem w sploty dzikiej róży.
Inna sarna minęłaby go w pędzie, ale Hania, choć się śpieszyła, zwinnie zakręciła w miejscu. Swymi kopytkami, precyzyjnie jak jubiler, odsunęła kolczaste pędy, uwalniając króla puszczy. Jeden wdzięczny skłon głową i Hania znów była w pełnym galopie, zostawiając za sobą jedynie obłok pyłku.
Kiedy jednak dotarła do parowu, droga nagle się skończyła – nocna ulewa podmyła grunt i na środku ścieżki leżało teraz potężne, zwalone drzewo.
Hania wymierzyła odległość, napięła mięśnie i skoczyła. Przez moment wydawało się, że zawisła w powietrzu, a krystaliczne krople wody strącone z liści sypnęły się wokół niej jak diamenty. Wylądowała miękko, ale tuż przed nią wyrosła ściana mlecznej, gęstej mgły znad bagien.
W tej bieli łatwo było stracić orientację, jednak Hania zamknęła na chwilę oczy i zaczęła słuchać. Usłyszała dalekie, miarowe uderzenia ogona o wodę – to stary bóbr dawał jej znak! Zaufała słuchowi i przebiła się przez mglisty całun, prosto na słoneczny brzeg rzeki.
Gdy bóbr odebrał przesyłkę, tylko mruknął z uznaniem:
– Szybka jak błyskawica, niezawodna jak słońce.
Hania tylko mrugnęła do niego i z lekkością zawróciła w stronę domu, wiedząc, że w Lesie każda przeszkoda to tylko kolejny krok w wielkiej przygodzie.







Komentarze
Prześlij komentarz