Tuk odkrywa leśne chmury

Poranek w Lesie z Mchu i Paproci był rześki, a rosa wciąż lśniła na pajęczynach jak drobne paciorki zagubionego naszyjnika. Tuk, poprawiając swój mały tobołek, szedł ścieżką wzdłuż strumyka, tam gdzie ziemia stawała się miękka i wilgotna.

Nagle, tuż przy zakolu wody, jego oczy rozbłysły. Zobaczył drzewo, które wyglądało, jakby nocą spadły na nie fragmenty najprawdziwszych chmur. To była stara, pochylona nad lustrem wody wierzba, ale nie byle jaka. Jej gałązki, cienkie i giętkie, obsypane były baziami tak dużymi, kosmatymi i puszystymi, że Tuk musiał przetrzeć oczy z wrażenia. 
Podszedł bliżej, niemal wstrzymując oddech. Wyciągnął małą rączkę i ostrożnie, samym koniuszkiem palca, dotknął jednej z wierzbowych kotek.
— Ooo — szepnął, a jego głos odbił się cichym echem od tafli wody.
Bazia była miększa niż najdelikatniejszy mech, na którym sypiał, i cieplejsza niż promienie słońca przebijające się przez gęstwinę. Wyglądała jak maleńkie, srebrzyste zwierzątko zwinięte w kłębek na gałązce. Tuk, urzeczony tym dotykiem, przytulił policzek do puszystej bazi. Czuł pod skórą delikatne łaskotanie, które sprawiło, że zachichotał cichutko. 
Wydawało mu się, że cała wierzba mruczy pod wpływem wiosennego wiatru, opowiadając historię o budzącej się ziemi. Tuk spędził tam długie chwile, głaszcząc te "leśne chmury" i podziwiając, jak pięknie mienią się w świetle.
Zanim ruszył w dalszą drogę, ukłonił się nisko staremu drzewu. Wiedział, że to odkrycie było cenniejsze niż jakikolwiek znaleziony wcześniej kamyk. Dziś Tuk zdobył coś wyjątkowego – poznał dotyk wiosennej czułości.


Komentarze