Wyprawa po dziką miętę zaprowadziła Idril dalej niż zwykle – za gęste kępy starych, pochylonych olszyn, których pnie były porośnięte siwymi porostami.
Kiedy odsunęła ciężkie gałęzie, poczuła, jak chłód lasu nagle ustępuje miejsca fali dusznego, słodkiego ciepła.
Znalazła się w miejscu, o którym zapomniał nawet wiatr. Był to ogród, choć nie przypominał tych starannie wygrabionych alejek, które znała z elfich miast. Ten był dziki, dumny i nieokiełznany. Dawno temu musiały tu stać mury, bo gdzieniegdzie spod gęstego szmaragdowego mchu wystawały rzeźbione kamienie, ale teraz to natura była tu jedyną panią.
Idril szła powoli, a każdy jej krok uwalniał zapach macierzanki i rozgrzanej ziemi. Największe wrażenie zrobiły na niej róże.
Nie były to delikatne, ogrodowe kwiaty – ich pędy były grube, silne, a kolce lśniły jak małe sztylety. Kwitły jednak z taką furią życia, jakby chciały nadrobić lata samotności. Płatki miały barwę tak głębokiej purpury, że wydawały się niemal czarne w cieniu, by za chwilę rozbłysnąć rubinem w słońcu.
Idril usiadła na omszałym głazie, starając się nie deptać po delikatnych pędach barwinka, który niczym błękitna rzeka płynął między ruinami. Spojrzała na pękniętą kamienną misę, z której teraz wyrastały kępki paproci. To tutaj zrozumiała najgłębszą prawdę leśnego świata.
– Nie potrzebujecie opieki, prawda? – szepnęła, dotykając delikatnie jednego z kwiatów.
W odpowiedzi poczuła na twarzy delikatny powiew, który przyniósł zapach miodu i prastarej magii. Ten ogród był dowodem na to, że siła życia jest nie do powstrzymania. Nawet pod gruzami, w całkowitym zapomnieniu, natura zawsze znajduje sposób, by wrócić. Czeka cierpliwie w ziarnie, w korzeniu, pod warstwą opadłych liści, by w odpowiednim momencie znów wybuchnąć blaskiem i zapachem.
Idril siedziała tam aż do zmierzchu, słuchając, jak ogród oddycha. Wiedziała, że wróci tu jeszcze nie raz, nie po zioła, ale po tę niezachwianą pewność, że życie zawsze zwycięża.





Komentarze
Prześlij komentarz