Las lśnił niczym wykuty z najczystszego kryształu. Puszysta, biała pierzynka szczelnie otuliła gałęzie świerków, które uginały się pod ciężarem śnieżnych czap. W tej ciszy, przerywanej jedynie dalekim stukaniem dzięcioła, działo się coś niezwykle radosnego.
Mały lisek o futerku barwy dojrzałej jarzębiny był w samym centrum zimowego szaleństwa. Dla niego śnieg nie był chłodem, lecz najwspanialszym placem zabaw. Rudzielec wyskakiwał wysoko w górę, robiąc w powietrzu fikołki, a potem z radosnym piskiem wpadał prosto w miękkie zaspy, zostawiając w nich zabawne „stempelki” swojego pyszczka. Machał puszystą kitą, wzbijając tumany białego puchu, które wirowały wokół niego jak gwiezdny pył.
– Śnieg! Śnieg! – zdawały się mówić jego błyszczące oczka, gdy gonił za uciekającym płatkiem niesionym przez wiatr.
Niestety, w samym środku tej beztroskiej gonitwy, lisek nie zauważył niebezpieczeństwa. Między dwoma sędziwymi świerkami, niemal niewidoczna na tle pni, rozpięta była zdradziecka pułapka z grubego, szorstkiego sznura.
Lisek, wykonując kolejny, długi skok, poczuł nagłe i gwałtowne szarpnięcie. Zamiast wylądować miękko w białym puchu, zawisł w połowie ruchu. Jego lewa przednia łapka ugrzęzła w mocnej pętli, która zaciskała się bezlitośnie przy każdym szarpnięciu.
Początkowo malec myślał, że to tylko nowa, dziwna zabawa. Próbował się wyrwać, wierzgał nogami i kłapał ząbkami, ale sznur był twardy i nieustępliwy. Z każdą chwilą radość w jego sercu gasła, ustępując miejsca narastającemu strachowi. Lisek zaczął skomleć cichutko, a potem coraz głośniej, wzywając pomocy.
Szorstkie włókna wpijały się w delikatną skórę, a on, mimo całego swojego sprytu, był teraz zupełnie bezradny wobec pułapki ukrytej w tym pięknym, zimowym raju. Las, który jeszcze przed chwilą był przyjacielem, nagle wydał się ogromny, mroźny i bardzo, bardzo cichy.
Clover tego ranka wracała ze sklepiku przez las całkiem nową drogą - niosła koszyk jabłek. Zima była tak piękna, że dziewczynka podskakiwała i nuciła z radości.
Nagle leśną ciszę zmącił nerwowy trzask gałęzi. Clover dostrzegła w oddali rudą kitę rozpaczliwie szamoczącą się w zaroślach. Gdy podeszła bliżej, jej serce drgnęło z żalu – młody lisek tkwił w pułapce. Zwierzę było wyczerpane, a strach w jego szklanych oczach mówił jasno: sam nie zdoła się uwolnić.
Clover zawahała się przez ułamek sekundy. Choć wiedziała, że przerażony malec może użyć swoich ostrych jak igiełki ząbków, by chronić się przed nieznanym, litość okazała się silniejsza od obawy. Uklękła na śniegu, kojącym głosem szepcząc leśne zaklęcia spokoju. Z najwyższą delikatnością, niemal wstrzymując oddech, zaczęła mocować się ze sznurami. Po chwili, która zdawała się trwać wieczność, udało jej się wyplątać uwięzioną lisią łapkę.
Lisek, zamiast rzucić się do ucieczki, usiadł i zaczął lizać obolałą łapkę, zerkając niepewnie na swoją wybawicielkę. Clover poczuła, jak strach mija, ustępując miejsca głębokiemu współczuciu.
– Spokojnie, maluchu – szepnęła miękko, sięgając do koszyka. – Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.
Wyciągnęła soczyste, czerwone jabłko i położyła je tuż przed noskiem zwierzęcia. Lisek powąchał owoc, a potem uniósł bystre ślepia na elfkę, jakby chciał jej podziękować. Przez dłuższą chwilę stał w bezruchu, wpatrując się w łagodne oczy Clover. W końcu nieśmiało postawił jeden krok, potem drugi, aż poczuł ciepło bije od dziewczyny. Z cichym, radosnym piskiem odbił się od ziemi i wylądował prosto na jej kolanach.
Clover zamarła, obawiając się spłoszyć zwierzątko. Lisek jednak wtulił się w jej ubranie, a po chwili zaczął łasić się i delikatnie lizać jej nos.
Clover zaśmiała się cicho, czując ogromne ciepło w sercu. Ostrożnie pogładziła liska po miękkim futerku.
- Masz takie piękne i błyszczące oczka! Nazwę Cię Jantar!
W tej chwili, wśród starych, zaśnieżonych świerków, narodziła się piękna przyjaźń.
Od tego dnia lisek i Clover spędzali razem mnóstwo czasu, odkrywając uroki lasu.






Komentarze
Prześlij komentarz