Powrót ptasich gości

Dziadek Sylwion stał na balkonie, wygięty niebezpiecznie nad balustradą, i wymachiwał starą szczotką do kurzu - czyścił budkę dla ptaków przymocowaną tuż pod okapem ich domu.

- Sylwionie, na litość leśnych duszków, spadniesz i będę musiała cię składać z powrotem do kupy przed obiadem! - zawołała Etta, wychylając się przez okno.
Dziadek Sylwion wyprostował się z trudem, a w jego stawach coś głośno strzeliło.
- To nie ja strzelam, Etto, to wiązy rosną! Słyszysz tę energię? - zażartował, puszczając do niej oko. - Poza tym, apartament numer cztery w budce pod okapem jest w opłakanym stanie. Jeśli to będzie ta sama rodzina modraszek co rok temu, to pani Modraszkowa znów mi zrobi awanturę o zeszłoroczne pajęczyny. Ona ma wymagania jak królowa elfów!
Etta westchnęła, ale w kącikach jej ust błąkał się uśmiech. Wyszła na taras, niosąc miskę namoczonych nasion słonecznika i suszonych jagód.
- Ptaki są w tym roku wyjątkowo wcześnie. Słyszałam, że pierwsi goście przekroczyli już Granicę Srebrnego Strumienia.
- Nic dziwnego - mruknął Sylwion, zaglądając do wnętrza drewnianej budki. - Podobno na Południu w tym roku tak grzało, że bociany zaczęły nosić okulary przeciwsłoneczne. Tak przynajmniej twierdził ten stary kruk, co przyleciał wczoraj z listem.
- Sylwionie, kruk zawsze koloryzuje, wiesz o tym. Skup się na robocie. Wytrzepałeś mech w sypialniach?
Dziadek dumnie wypiął pierś.
- Wytrzepany, wywietrzony, a nawet dorzuciłem kilka piórek, które zgubiło gąsiątko sąsiadów. Standard pięciogwiazdkowy. Jak przylecą, to pomyślą, że pomylili adres i trafili do pałacu.
Nagle nad ich głowami rozległ się głośny, radosny świergot. Mały ptaszek przemknął między gałęziami wiązu i z impetem wylądował na ramieniu Sylwiona.
- Oho! Pierwszy meldunek! — zawołał dziadek, zamierając w bezruchu. - Etto, patrz, to młody Rudzik. Ten, co w zeszłym roku ciągle wpadał do naszej kuchni przez komin.
Ptak przekrzywił łebek i zaczął intensywnie szczebiotać, machając skrzydełkami. Sylwion słuchał z poważną miną, od czasu do czasu potakując.
- Co mówi? - zapytała szeptem Etta, choć po tylu latach w lesie sama rozumiała większość ptasiej mowy.
- Mówi, że nadciąga cała eskadra. I że żurawie mają w tym roku straszne opóźnienie, bo jeden z nich zgubił mapę narysowaną na liściu dębu i przez pół dnia krążyli nad jakimś ludzkim miastem, myśląc, że to wielkie mrowisko.
Babcia Etta zaśmiała się i wysypała ziarno na przygotowaną tackę.
- Niech jedzą i odpoczywają. Las bez nich był stanowczo za cichy.
Sylwion odstawił szczotkę i objął żonę ramieniem, patrząc jak Rudzik łapczywie porywa pierwsze ziarno.
- Wiesz, Etto... - zaczął z błyskiem w oku. - Skoro goście już są, to może i my byśmy coś zjedli? Od tego sprzątania apartamentów czuję się, jakbym sam przeleciał przez morze.
- Sylwionie, ty nie przeleciałbyś nawet przez płot bez zadyszki - odparła Etta, ale pociągnęła go w stronę kuchni. - Chodź, zrobię ci napar z igieł sosny. Musisz mieć siłę, bo zaraz trzeba będzie pomóc ziębom wnosić bagaże do gniazd.
- Bagaże? - zajęczał dziadek, udając przerażenie. - Mam nadzieję, że nie mają ze sobą tych ciężkich szyszek z południa!

Komentarze