Ambroży Pukawka truchtał ścieżką, gdy nagle zauważył Sylwiona opartego o pień dębu. Ten siedział tak nieruchomo, że Ambroży natychmiast zahamował, wzbijając chmurę igliwia. Bez słowa chwycił Sylwiona za nadgarstek i wyciągnął swój stary, poobijany zegarek.
– Co ty robisz, Ambroży? – mruknął Sylwion, powoli uchylając jedno oko.
– Cicho bądź, pacjencie. Próbuję wyczuć, czy ty jeszcze tu jesteś, czy już stałeś się częścią tego drzewa – odparł felczer, marszcząc czoło i poprawiając zsuwające się okulary. – Puls masz tak rzadki, jakbyś bił rekord w nicnierobieniu.
Sylwion uśmiechnął się lekko pod nosem.
– Po prostu wszedłem w tryb oszczędzania energii. Czekam, aż zapach obiadu sam mnie stąd podniesie.
Ambroży puścił jego rękę i zaśmiał się głośno, aż jego ruda czupryna zatrzęsła się na wszystkie strony.
– Tak myślałem. Klasyczny przypadek! Twoje serce nie bije dla nauki, ono bije z tęsknoty za czymś konkretnym. Znasz moją diagnozę: 90% śmiechu już masz, ale te 5% cukru w organizmie niebezpiecznie zbliża się do zera.
Ambroży zaczął gorączkowo przeszukiwać kamizelkę, wyciągając pęki ziół i jakieś metalowe szczypce, aż w końcu mrugnął do przyjaciela. Wyjął małą, pękatą buteleczkę z ciemnego szkła.
– Masz, to moja autorska mikstura: syrop z młodych pędów sosny z solidną dawką spadziowego miodu. To cię postawi na nogi, zanim dotrzemy do kuchni.
Sylwion wziął łyk, cmoknął z uznaniem i poczuł, jak po plecach rozchodzi mu się przyjemne ciepło. Od razu wyprostował plecy.
– No, teraz to ja mogę maszerować – stwierdził Sylwion, wstając z ławki. – To co, idziemy sprawdzić, co tam Etta dzisiaj pichci? Słyszałem coś o miodowych plastrach.
Ambroży schował buteleczkę i ruszył przodem swoim charakterystycznym, podskakującym krokiem. Sylwion od razu ruszył za nim:
– Właśnie tak! Najpierw lekarstwo, a potem solidna dawka regeneracji u Etty. Tylko nie biegnij za szybko, bo mi znowu puls skoczy z wrażenia!




Komentarze
Prześlij komentarz