Wiosenne popołudnie w Lesie z Mchu i Paproci było tak leniwe, że wydawało się, iż nawet pszczoły wydawały bzyczą o oktawę niżej. Sylwion siedział na swojej ulubionej dębowej ławce za domem, wystawiając twarz do ciepłych promieni słońca.
Sylwion usłyszał szelest i uchylił jedno oko. Kilka metrów dalej, tuż pod oknem kuchni, lisek Jantar właśnie przechodził samego siebie w sztuce kamuflażu. Rozciągnięty jak struna, stojąc na czubkach tylnych łapek, desperacko próbował sięgnąć po pachnące cynamonem ciasteczka Etty. Jego puszysty ogon drgał rytmicznie, zdradzając ogromne skupienie.
- Jantarze – zaczął łagodnie Sylwion, nie zmieniając wygodnej pozycji. – Musisz jeszcze popracować nad cichym stąpaniem.
Lisek zamarł z łapką w powietrzu. Odwrócił łebek w stronę ławki, mrugnął do Sylwiona z tą swoją niepodrabialną, łobuzerską miną i... jak gdyby nigdy nic, chwycił najbliższe ciastko.
Sylwion tylko pokręcił głową z uśmiechem.
– No dobrze, dzisiaj ci odpuszczę. Ale tylko dlatego, że słońce tak ładnie świeci, a Etta i tak upiekła ich stanowczo za dużo.
Jantar zeskoczył w wysokie paprocie, znikając w szmaragdowej zieleni z cynamonowym skarbem w pyszczku. Bo w tym lesie wszyscy wiedzą, że najlepsze ciastka to te, na które przymyka się oko.



Komentarze
Prześlij komentarz