Syrop z młodych pędów sosny

Poranek w Lesie z Mchu i Paproci przyniósł dziś ze sobą rześki chłód, który szczypał w nosy, i zapach tak świeży, że płuca zdawały się pęcznieć od samej radości. Sosnowy zagajnik, położony na piaszczystym wzniesieniu, wyglądał jak skąpany w płynnym złocie. Słońce oświetlało cały las.
Etta wciągnęła głęboko pachnące powietrze.
– Sylwionie! – zawołała  – Wstawaj, leniuchu! Sosny nas wołają, a pędy same się nie nazbierają!
Z wnętrza dobiegło stłumione mruknięcie, a po chwili w drzwiach stanął Sylwion. Wyglądał, jakby stoczył nierówną walkę z własną pierzyną i przegrał.
– Etto, kochanie – zaczął sennym głosem – sosny stoją tam od dawna. Myślę, że poczekają jeszcze kwadrans, aż kawa zacznie działać.
Etta tylko fuknęła wesoło i wręczyła mu wiklinowy kosz.
– Nie narzekaj. Ruszaj się, zanim słońce wysuszy rosę!
Ruszyli pod górę. Las sosnowy różnił się od gęstwiny przy strumieniu. Tutaj podłoże było miękkie od dywanu igliwia i srebrzystego chrobotka, który pod ich stopami wydawał dźwięk przypominający chrupanie świeżych wafli. Powietrze było nasycone fitoncydami – naturalnym, leśnym antybiotykiem, który sprawiał, że każde westchnienie było jak łyk zimnej wody ze źródła.
– Patrz, Sylwionie – Etta wskazała na końcówki gałęzi. – To nasz skarb.
Młode pędy sosny, jasnozielone, soczyste i pokryte brązową, papierową łuską, celowały prosto w niebo. Etta zaczęła je zbierać z precyzją chirurga, zostawiając na każdym drzewku pęd wierzchołkowy, by mogło rosnąć dalej.
Sylwion tymczasem walczył z naturą.
– Etto! – zawołał po chwili dramatycznym szeptem. – Stało się. Przykleiłem się do gałęzi. Może zostanę tu na stałe jako leśny strach na wróble?
Etta odwróciła się i wybuchnęła śmiechem. Sylwion stał z jedną ręką uniesioną w górze, a do jego palców przyczepił się nie tylko pęd sosny, ale i kilka zeszłorocznych igieł oraz mała szyszka.
– Nie ruszaj się, zaraz cię „odratuję” – zachichotała, podchodząc do niego.
– To nie jest śmieszne – wymruczał, choć w jego turkusowych oczach tańczyły iskierki rozbawienia. – To poświęcenie dla dobra nauki i... kaszlu, którego nie mam, ale pewnie będę miał w listopadzie.
Kiedy kosze były pełne, wrócili do domu. Kuchnia szybko zamieniła się w małe laboratorium. Etta kroiła pędy na drobniejsze kawałki, a sok natychmiast barwił deskę na jasnozielono.
– Teraz cukier, Sylwionie. Dużo cukru – instruowała.
Sylwion, który już odzyskał wigor (i wolność rąk), zaczął sypać białe kryształki do słoja z taką fantazją, jakby sypał konfetti na balu u Króla Elfów.
– Robię to z rozmachem, bo ten syrop musi mieć charakter! – oznajmił. – Wyobraź sobie: zima, za oknem zamieć, a my wyciągamy słoik „Leśnej Energii Sylwiona”. Od razu poczujesz się, jakbyś znów miała 50 lat i chciała biegać boso po mchu.
– Raczej poczuję, że muszę iść do Szałwiana (leśny dentysta) od tej ilości cukru – skwitowała z uśmiechem Etta.
Słoje stanęły na parapecie. Promienie słońca zaczęły prześwietlać zielone pędy, sprawiając, że wyglądały jak szmaragdy zatopione w śniegu. Etta spojrzała na swoje lepkie dłonie, potem na Sylwiona, który właśnie próbował odkleić od brody zabłąkaną igłę sosnową.
– Warto było? – zapytała.
Sylwion wciągnął głęboko zapach lasu, który teraz wypełniał całą kuchnię, i uśmiechnął się szeroko.
– Warto.

Wieczorem  Etta usiadła w fotelu z kubkiem naparu. Jej dłonie wciąż pachniały żywicą, a w kuchni unosił się duch wiosny, bezpiecznie zamknięty pod szklaną pokrywką.

– Widzisz? – szepnęła do Sylwiona. – Nawet gdy przyjdą mrozy, my będziemy mieli w szafce kawałek dzisiejszego poranka.

Komentarze