Wieczór był spokojny. Sylwion siedział na swojej ulubionej ławie, mozolnie próbując nawlec nitkę na igłę. Jego duże, silne dłonie, które potrafiły bezbłędnie wyczuć puls drzewa pod korą, teraz wydawały się niezdarne wobec cienkiego pasma lnu. 🧵✨
Etta obserwowała go kątem oka, mieszając w glinianym garnku napar z dzikiej róży. Nie śpieszyła się z pomocą. Wiedziała, że dla Sylwiona ta drobna walka z igłą to rytuał – jego sposób na udowodnienie sobie, że po tylu wiekach wciąż potrafi skupić wzrok na tym, co małe i ulotne.
- Etto... - westchnął w końcu, opuszczając ręce. - Czy ty też czujesz, że ta igła z każdym rokiem robi się coraz mniejsza? A może to nitka staje się bardziej płochliwa?
Etta odstawiła garnek na bok i podeszła do niego bez słowa. Jej dłonie, choć naznaczone zmarszczkami jak kora starej wierzby, poruszały się z lekkością porannej mgły. Jednym pewnym ruchem przeciągnęła len przez uszko igły i oddała mu ją z delikatnym uśmiechem.
- Igła jest ta sama, Sylwionie. To tylko ty zbyt mocno chcesz ją dogonić. Usiądź prosto, odetchnij zapachem róż i pozwól, żeby nitka sama znalazła drogę. Jak ty wtedy, gdy szukałeś mojej chatki w śnieżycy sto lat temu.
Sylwion uśmiechnął się, a w kącikach jego oczu pojawiły się te radosne zmarszczki, które Etta znała na pamięć.



Komentarze
Prześlij komentarz