Od przeprowadzki do domku na Leśnej Polanie minęło już wiele miesięcy. Elora i Caladmir nie byli już „tymi nowymi” – ich ogród rozkwitł, a ścieżka prowadząca do Domu pod Wiązami stała się tak wydeptana, że znali na niej każdy kamień i korzeń.
Zdążyli już pokochać zapach porannej mgły nad mchem i spokój, jaki dawała im Kraina Mchu i Paproci. Teraz jednak ich serca biły szybciej z zupełnie innego powodu – ich elfia rodzina miała się wkrótce powiększyć.
Właśnie tego ciepłego wieczoru, czując na sobie opiekuńcze spojrzenie lasu, postanowili odwiedzić Ettę i Sylwiona.
Wieczór był wyjątkowo łagodny. Elora i Caladmir spacerowali powoli, ciesząc się ciszą. Elora trzymała się za brzuch i uśmiechała do swoich myśli, choć jedna sprawa wciąż spędzała jej sen z powiek.
Gdy dotarli na miejsce, zastali Ettę i Sylwiona przy ogrodowym stole. Etta plotła wianek z kwiatów magnolii, a Sylwion przekomarzał się z zajączkiem Kuleczką.
- Etto, przyszliśmy po radę - zaczęła Elora, siadając na ławce. - Nasz mały elf niedługo się pojawi, a my wciąż nie wiemy, jak go nazwać. Wszystkie imiona wydają się albo zbyt ciężkie, albo zbyt zwyczajne.
Etta odłożyła wianek i spojrzała na młodych rodziców.
- Najpiękniejsze imiona często biorą się z tego, co nas otacza. Trzeba tylko dobrze nadstawić uszu.
- Na moc naszego Lasu! - zawołał Sylwion, rezygnując z tresury zająca. - Ja bym go nazwał „Dąb”. Krótko, konkretnie i nikt go z polany nie przesunie. Albo „Piorun”! Wyobraźcie sobie: „Piorunie, umyj uszy!”. To brzmi jak rozkaz, którego nie da się zignorować. Imię musi być praktyczne! Nazwijcie go „Gwizdek”.
- Gwizdek? - Caladmir uniósł brew. – Sylwionie, to brzmi trochę jak imię dla szczeniaka, a nie dla elfa z rodu Holimionów.
– Skądże znowu! – obruszył się Sylwion. – Jak będzie siedział na czubku najwyższej sosny i nie będzie chciał zejść na kolację, to wystarczy, że raz zagwiżdżesz i już będzie wiedział, że wołasz. A spróbuj wykrzyczeć te wasze elfie „Aureliony - Beleriandy”. Zanim skończysz, zupa wystygnie!
Etta westchnęła z rozbawieniem.
- Sylwionie, daj im spokój z tymi swoimi „praktycznymi” pomysłami.
W tym momencie usłyszeli świst i łopot piór - to gołab Maciek wylądował na krawędzi ławki.
Etta uśmiechnęła się do Elory i wyjęła z zielonej torby Maćka mały, lśniący zwój pergaminu.
-Kochani, nie musicie już słuchać o Piorunach ani Gwizdkach – zaczęła łagodnie. – Las przemówił, a właściwie jego najlepsi przyjaciele, nasi czytelnicy i sąsiedzi. Wysłaliśmy wiatr z zapytaniem i wrócił do nas z jedną, najpiękniejszą odpowiedzią.
Sylwion nachylił się ciekawie, omal nie przedziurawiając nosem pergaminu. Elora wstrzymała oddech, a Caladmir objął ją ramieniem.
– Leo – przeczytała Etta z czułością. – Mały lew o wielkim sercu. Silny jak dąb, o którym marzył Sylwion, ale szlachetny i jasny jak poranek na polanie.
W tym momencie maluch w brzuchu Elory poruszył się tak energicznie, jakby chciał przybić piątkę całemu światu. Elora zaśmiała się przez łzy wzruszenia.
– Leo... – powtórzyła cicho. – Tak, to on. Nasz mały, dzielny siłacz.
– No! – żachnął się Sylwion, choć w kąciku oka zakręciła mu się łza. – Leo brzmi godnie. Prawie jak lew, król puszczy! To oznacza, że muszę mu wystrugać porządną, dębową tarczę, żeby pasowała do tego lwiomężnego imienia. I nauczę go ryczeć tak głośno, żeby wiewiórki z drzew spadały!
Etta pokręciła głową:
– Nauczysz go przede wszystkim dobrego serca, Sylwionie. Imię Leo to obietnica odwagi, którą dali mu nasi przyjaciele.
– Nauczysz go przede wszystkim dobrego serca, Sylwionie. Imię Leo to obietnica odwagi, którą dali mu nasi przyjaciele.
Caladmir spojrzał na zachodzące słońce, które malowało niebo na złoto. Sprawa, która spędzała im sen z powiek, została rozwiązana w najpiękniejszy sposób - przez wspólnotę i miłość tych, którzy kibicują ich leśnej rodzinie.
Od dziś Leśna Polana czekała już tylko na jedno: na pierwsze kroki małego Lwa.





Komentarze
Prześlij komentarz