Dylematy leśnego medyka

Wiosenne słońce ledwie zdążyło osuszyć rosę na mchu, gdy ciszę przerwał radosny, choć nieco chaotyczny tętent kopyt i głośne pogwizdywanie. To Ambroży Pukawka, leśny medyk, nadjeżdżał na swojej oślicy,  objuczony torbami, z których sterczały pęki suszonych ziół i brzęczące fiolki. 

- Etto! Sylwionie! Żyjecie? Czy może zapadliście w sen zimowy razem z niedźwiedziami? - zawołał, zeskakując z siodła z energią młodzieniaszka.

Sylwion wyszedł na próg, wycierając ręce w lnianą ściereczkę.

- Pukawka, na miłość boską, nie wrzeszcz tak, bo wszystkie ptaki z okolicy uciekną! - odparł z uśmiechem, mrużąc oczy przed słońcem. - Co cię sprowadza? Znowu pomyliłeś syrop na kaszel z miksturą na porost brody?
Ambroży machnął ręką, omal nie trącając nosem wiszącej u powały wiązki czosnku.
- Gorzej! Szukam Earyna. Ten uparciuch znowu skaleczył się w ramię przy naprawianiu kładki i zamiast przyjść do mnie, stwierdził, że „samo przejdzie”. Przecież on jest bardziej uparty, niż moja oślica! Słowo daję, łatwiej dogadać się z kamieniem niż z nim.
Etta wychyliła się z kuchni, trzymając w dłoni kubek dymiącego naparu.
- Wejdź, Ambroży. Earyn był tu rano, zostawił mi świeże ryby i poszedł w stronę Starego Dębu. Ale zanim pobiegniesz go szukać, wypij to. Wyglądasz, jakbyś sam potrzebował lekarza, taki jesteś rozbiegany.
Lekarz opadł na ławę, wzdychając teatralnie.
- Ach, Etto... Ty zawsze wiesz, jak mnie uziemić. Gdybyś ty prowadziła moją aptekę, nikt w tym lesie by nie chorował, bo każdy bałby się przegapić obiad u ciebie.
Sylwion usiadł naprzeciwko niego, opierając łokcie o stół.

- Słuchaj, Pukawka. Jak już znajdziesz Earyna, powiedz mu, że jak się nie da opatrzyć, to osobiście powiem Idril, żeby rzuciła na niego urok „swędzących stóp”. Wtedy na pewno do ciebie przybiegnie.
Ambroży wybuchnął krótkim, perlistym śmiechem.
- Genialne! Sylwionie, ty to masz jednak głowę nie tylko do żartów. Prawdziwa psychologia leśna!
Wypił napar jednym haustem, cmoknął Ettę w rękę i już go nie było. 
Chwilę później z oddali niosło się tylko jego nawoływanie: „Earyyyyn! Uciekaj albo się lecz! Nie masz wyboru!”.
Sylwion popatrzył za nim, kręcąc głową.
- Dobry chłop z tego Pukawki. Roztrzepany jak worek pierza, ale serce ma większe niż Baryłka apetyt na miód.
- I dlatego go lubimy, stary marudo - podsumowała Etta, wracając do swoich garnków. - A teraz bierz się za tarcie chrzanu, bo obiad sam się nie zrobi. 

Komentarze