Tego wieczoru Sylwion wymknął się z domu, kiedy Etta była tak zajęta przesypywaniem suszonej lawendy do lnianych woreczków, że nawet nie usłyszała skrzypnięcia piątej deski na ganku.
Sylwion szedł nad Srebrzysty Potok, ale nie tam, gdzie krystaliczna woda rozbija się o głazy. Wybrał miejsce, gdzie rzeka zwalnia, tworząc ciche, szafirowe zakole. Usiadł na pniu i wyciągnął z kieszeni coś, czego nie pokazywał nikomu od lat – mały, lekko wyszczerbiony gwizdek wykonany z kawałka brzozowego drewna.
Zaczął gwizdać. Nie była to głośna melodia, raczej ciche „fiu-fiu”, które naśladowało szept wiatru w paprociach.
Nagle, z gęstych oparów mgły po drugiej stronie brzegu, odpowiedziało mu niskie, buczące mruczenie. Potem drugie, wyższe. Sylwion uśmiechnął się pod wąsem. Wiedział, że Kamienne Żaby – istoty, które przez cały dzień udają zwykłe otoczaki – tylko o tej porze, przy szafirowym świetle, budzą się, by zaśpiewać swój koncert.
– No, chłopaki, dzisiaj nieco wolniej, bo mnie stare kości bolą – mruknął do nich Sylwion, nadając rytm swoim gwizdkiem.
I tak siedzieli w mroku: stary elf i śpiewające kamienie. Nikt o tym nie wiedział. Nawet Earyn, który pewnie przemykał gdzieś niedaleko, słyszał tylko „zwykły szum wody”. Bo niektóre cuda w Lesie objawiają się tylko tym, którzy potrafią... po prostu posiedzieć i nic nie robić.
Kiedy Sylwion wrócił, Etta spojrzała na niego znad lawendy.
– Znowu byłeś u żab? – zapytała, nie podnosząc wzroku.
Sylwion tylko mrugnął do niej porozumiewawczo.
– Skądże znowu, kobieto. Tylko sprawdzałem, czy woda w potoku nie jest zbyt mokra.




Komentarze
Prześlij komentarz