Przemijanie

W lesie panowała ta specyficzna, popołudniowa cisza, którą słychać tylko wtedy, gdy wiatr na chwilę wstrzymuje oddech w koronach drzew. Etta i Sylwion szli wąską ścieżką, która pamiętała jeszcze czasy ich młodości – wtedy była ledwie widoczną smugą w mchu, dziś głębokim wyżłobieniem w ziemi.

Etta zatrzymała się przy starej, zwalonej sośnie, której pień porósł grubym, szmaragdowym dywanem. Dotknęła go dłonią, sprawdzając miękkość rośliny.

– Spójrz, Sylwionie – powiedziała cicho, nie odwracając głowy. – Ten mech jest tu od zawsze. Pamiętasz, jak kiedyś, dawno temu, szukaliśmy tu pierwszych jagód? Nie było jeszcze wtedy Domu pod Wiązami, tylko marzenia o nim.

Sylwion przystanął obok niej, opierając się ciężko na swoim dębowym kosturze. Jego oczy, zwykle czujne i badawcze, teraz patrzyły gdzieś daleko, poza linię horyzontu wyznaczoną przez pnie drzew.

– Pamiętam, Etto. Pamiętam zapach tamtego lata i to, jak obiecałem ci, że postawię dom, w którym progi będą pachniały żywicą, a okna będą wychodzić prosto na wschód słońca.

– I dotrzymałeś słowa – uśmiechnęła się, patrząc na jego spracowane dłonie. – Choć wtedy wydawało mi się, że las jest nieskończony, a my mamy przed sobą całą wieczność.

Szli dalej, mijając potężny głaz, który miejscowi nazywali Śpiącym Niedźwiedziem. Powietrze stawało się chłodniejsze, nasycone zapachem wilgotnej paproci i budzącej się do życia ziemi. Każdy krok był jak przewracanie kart starej, dobrze znanej księgi.
– Las się starzeje razem z nami, a jednak co roku wygląda tak samo młodo – zauważył Sylwion, wskazując na jasne, niemal seledynowe listki buków. – To dziwne, prawda? My czujemy każdy rok w kościach, a on po prostu otrzepuje się z zimy i zaczyna od nowa.
Etta wzięła go pod ramię, dopasowując swój krok do jego nieco cięższego chodu. Nie musieli nic więcej mówić. Wspomnienia unosiły się wokół nich jak pyłki w świetle zachodzącego słońca – wspólne wieczory przy świecach, zapach pierwszej pieczonej wspólnie szarlotki i setki takich spacerów, podczas których las był jedynym świadkiem ich rozmów.
Kiedy wyszli na skraj polany, z której widać było zarysy ich domu, oboje przystanęli. Dom pod Wiązami stał tam, spokojny i solidny, z dymem leniwie snującym się z komina.
– To dobre miejsce na odpoczynek, Sylwionie – szepnęła Etta.
– Najlepsze z możliwych – odparł, ściskając lekko jej dłoń. – Bo jest w nim wszystko, co udało nam się stąd przynieść przez te wszystkie lata.
Weszli w smugę cienia, którą rzucały wielkie wiązy, wracając do ciepła własnych progów, bogatsi o jeszcze jeden wspólny wieczór w Krainie Mchu i Paproci.

Komentarze