To był dzień, w którym w Domu pod Wiązami miała panować absolutna harmonia. Etta właśnie wyjęła z pieca drożdżowe bułeczki z jagodami, a Sylwion, siedząc przy dębowym stole, z namaszczeniem polerował nową, rzeźbioną ramę do lustra.
Spokój przerwał jednak dźwięk, który przypominał połączenie nadjeżdżającego dyliżansu z oszalałym bębnem.
– Co to za tentent? – zdążył zapytać Sylwion, unosząc brwi.
Sekundę później drzwi wejściowe, które nie zostały domknięte przez Baryłkę, otworzyły się z impetem godnym huraganu. Do środka, z poślizgiem na świeżo wypastowanej podłodze, wpadł Rumbas. Jego małe raciczki nie były przygotowane na taką gładkość drewna, więc dziczek przejechał przez cały salon niczym na lodzie. Koszyk z orzechami, który trzymał w pyszczku, wystrzelił w górę, a twarde owoce zaczęły bębnić o podłogę jak grad podczas lipcowej burzy.
– Uwagaaa! – pisnęła Lola, która wleciała tuż za nim.
Kuna, w przeciwieństwie do dziczka, zachowała sterowność, ale jej entuzjazm był jeszcze większy. Z bukietem stokrotek w zębach i pędem godnym strzały, uznała, że stół Sylwiona to idealny lądowiec. Przeskoczyła nad ramą lustra, rozsypując białe płatki prosto do miseczki z woskiem do drewna, a potem, nie mogąc wyhamować, wpadła prosto w lniane zasłony Etty.
– Moje zasłony! – zawołała Etta, wbiegając z kuchni, akurat w momencie, gdy jeden z orzechów Rumbasa potoczył się pod jej nogi.
Sylwion zamarł z ręką w górze, patrząc, jak Rumbas próbuje wyhamować noskiem na jego kapciach, a Lola, dyndając na zasłonie, radośnie puszcza do nich oczko, wciąż trzymając w pyszczku ostatnią, nieco wymiętą stokrotkę.
W Domu pod Wiązami zapanowała cisza, którą przerwało jedynie ciche chrumknięcie Rumbasa i... radosny pisk Loli.
– Chcieliśmy... przynieść prezenty – wydawało się mówić spojrzenie dziczka, który nieśmiało szturchnął pyszczkiem jeden z rozsypanych orzechów w stronę Sylwiona.
Sylwion spojrzał na swoją ramę pełną stokrotek, potem na Ettę, która próbowała zachować surową minę, i w końcu wybuchnął śmiechem.
– No cóż, Etta – westchnął, wyjmując stokrotkę z ucha. – Wygląda na to, że naszemu domowi pisany jest wieczny rozgardiasz!
Tego popołudnia zamiast polerowania drewna, było wielkie zbieranie orzechów i wspólne jedzenie bułeczek. Bo w Domu pod Wiązami nawet największy ambaras kończył się zawsze tak samo – wspólnym śmiechem i poczuciem, że właśnie tak smakuje prawdziwe życie.






Komentarze
Prześlij komentarz