Wielkie pranie

Sylwion obudził się z mocnym postanowieniem: dzisiaj on zajmie się domem, a Etta odpocznie. Kiedy tylko jego żona wyszła do ogrodu zbierać zioła, zakasał rękawy.

– Pranie – mruknął do siebie. – Przecież to nie może być trudne. Trochę wody, trochę mydła z kory dębu i gotowe.
Zniósł na podwórze największą drewnianą balię i zaczął ją napełniać. Jednak Sylwion zawsze uważał, że „więcej znaczy lepiej”. Wrzucił do wody potrójną porcję pienistego mydła, a potem, dla pewności, dolał jeszcze odrobinę zapachowego olejku od Ambrożego.
Zaczął energicznie mieszać wielką drewnianą kopystką. I wtedy się zaczęło.
Woda zaczęła się coraz bardziej pienić, i pienić, i jeszcze bardziej pienić – w ciągu kilku minut białe, puszyste czapy zaczęły przelewać się przez brzegi balii, oblepiać nogi Sylwiona i piąć się w stronę jego brody.
Sylwion zaczął machać rękami, co tylko pogorszyło sprawę.
Kiedy Etta wróciła z koszykiem pełnym pokrzyw, stanęła jak wryta. Sywlion, cały w pianie, wydawał tylko dziwne, stłumione: „Bul... bul... kochanie, nie wchodź tu teraz!”.
Etta nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem.
– Sylwionie! Chciałeś wyprać koszule czy całe leśne królestwo?
Sylwion wychylił głowę z piany:
– Chciałem ci zrobić niespodziankę, słonko. Żebyś miała wolne popołudnie.
– No cóż – westchnęła Etta, ocierając łzy ze śmiechu. – Na pewno będę miała wolne od prania, bo właśnie zużyłeś zapas mydła na cały rok!
Siedzieli potem na ganku, patrząc jak wiatr powoli roznosi białe bąbelki po lesie, a Sylwion z dumą stwierdził, że przynajmniej trawa przed domem nigdy nie była tak czysta.
 

Komentarze