W przytulnej kuchni Etta wymachiwała drewnianą łyżką, jakby dyrygowała niewidzialną orkiestrą.
– Sylwionie! – zawołała – Zapomnij o drzemce pod piecem. Potrzebuję magicznych ziemniaków, inaczej moja słynna zapiekanka będzie smakować jak zwykła darń!
Sylwion uniósł jedną powiekę i uśmiechnął się szeroko.
– Ziemniaki, powiadasz? Te, co to świecą w ciemności i smakują jak marzenie? Wyzwanie przyjęte, moja droga!
– Tylko pamiętaj, rosną wyłącznie na polanie w sercu Lasu z Mchu i Paproci – przypomniała Etta, pakując mu do torby prowiant. – I na miłość leśnych duszków, uważaj na morze nocnych jeżyn. Ich kolce potrafią zaplątać nawet najzgrabniejsze elfie nogi.
Sylwion wstał z werwą, choć w kolanach mu nieco strzyknęło.
– Etto, przecież wiesz, że „bezpieczeństwo” to moje drugie imię... No, może trzecie, zaraz po „przygodzie” i „podwieczorku”!
Ruszył dziarskim krokiem, nucąc pod nosem wesołą melodię. Godzinę później stał już przed ścianą ciemnofioletowych krzewów. Nocne jeżyny wiły się i syczały cicho, a ich kolce lśniły złowrogo w półmroku.
– No i proszę, mały tor przeszkód! – zachichotał Sylwion. – Hej, wy kolczaste piękności, zatańczymy?
Zamiast jednak ostrożnie przeciąć zarośla, dziadek Sylwion postanowił przeskoczyć nad wyjątkowo grubym pędem, robiąc przy tym efektowny piruet. Pech chciał, że jego lewa skarpetka w paski zahaczyła o zakrzywiony kolec.
– Ojej... – mruknął, gdy nagle okazało się, że wisi zaczepiony na jeżynowej gałęzi – To ci dopiero perspektywa! Przynajmniej widzę, że pod tym liściem schował się bardzo zdziwiony chrząszcz. Hej, mały! Masz może nożyczki?
Chrząszcz, ubrany w lśniący, szmaragdowy pancerz, jedynie poruszył czułkami i powolnym krokiem oddalił się w stronę mchu.
Sylwion westchnął, czując, jak jeżyny zaczynają łaskotać go w nos.
– No cóż, plan B – mruknął do siebie, starając się sięgnąć do torby, którą Etta tak troskliwie mu zapakowała. – Zawsze powtarzałem, że suchy prowiant ratuje życie, a nie tylko żołądek.
Wyłowił z zawiniątka kawałek mocno wędzonego sera, którego zapach był tak intensywny, że potrafił obudzić nawet śpiącego niedźwiedzia. Jeżyny, choć magiczne, miały jedną słabość: nie znosiły zapachu wiejskiego nabiału.
Gdy tylko aromat dotarł do kolczastych pędów, te zaczęły się wykręcać i cofać z obrzydzeniem. Sylwion, czując, że uścisk słabnie, wykonał zgrabny (choć nieco rozpaczliwy) fikołek i wylądował miękko na mchu.
– Smacznego, krzaczki! – zawołał, otrzepując kolana i poprawiając nadszarpniętą skarpetkę.
Kilkanaście kroków dalej las nagle się przerzedził, ustępując miejsca świetlistej polanie. W samym jej centrum, pod srebrzystym światłem księżyca, z ziemi wystawały świecące łagodnym, ciepłym blaskiem - niby małe lampiony ukryte w miękkiej glebie - magiczne ziemniaki.
– Jesteście, moje ślicznotki – szepnął, pakując je do torby.
Droga powrotna zajęła mu znacznie mniej czasu, głównie dlatego, że tym razem grzecznie ominął jeżyny szerokim łukiem. Gdy stanął w progu dębowej kuchni, Etta właśnie kończyła mieszać sos.
– Już myślałam, że sam zostałeś składnikiem jakiejś leśnej zupy – mruknęła, ale jej oczy błyszczały z ulgi.
– Ja? Nigdy! – odparł dumnie Sylwion, kładąc świecące bulwy na blacie. – Miałem tylko małą pogawędkę z naturą o wyższości sera nad kolcami.
Wieczorem, gdy całe drzewo wypełnił aromat pieczonych, magicznych ziemniaków, dziadek Sylwion siedział w swoim fotelu, zajadając dokładkę zapiekanki. Może i w kolanach wciąż mu strzykało, a skarpetka miała dziurę, ale uśmiech Etty był wart każdej sekundy spędzonej w jeżynach.





Komentarze
Prześlij komentarz