W złocistej poświacie jesiennego poranka Sylwion postanowił zaprowadzić ład w swojej starej ogrodowej szopie. Pachniało tam wyschniętym drewnem, miętą i wspomnieniami wielu pracowitych lat. Sylwion, nucąc pod nosem cichą, leśną melodię, z namaszczeniem przesuwał pęki ziół i polerował swoje ulubione grabie.
Niestety, w samym kącie szopy, ukryta pod warstwą siana, spoczywała zdradliwa, obluzowana deska. Gdy elf postawił na niej krok, chcąc sięgnąć po stary lampion, drewno zakołysało się gwałtownie. Usłyszeć można było tylko głuche chrupnięcie i cichy jęk zawodu. Stopa wykręciła się nienaturalnie, a Sylwion, zamiast ułożyć kolejny przedmiot na półce, sam musiał przysiąść na progu, trzymając się za pulsującą bólem kostkę.
– Etto! Moja droga Etto, ratuj! – zawołał drżącym, ale wciąż melodyjnym głosem.
Babcia Etta była właśnie w samym środku przesadzania srebrzystych paproci. Gdy tylko usłyszała wołanie męża, natychmiast wypuściła z rąk małą łopatkę i, nie zważając na ziemię na fartuchu, popędziła w stronę zagajnika tak szybko, jakby znów miała sto lat.
– Już biegnę, kochany! Coś ty znowu nabroił? – zawołała z troską, zjawiając się przy nim w mgnieniu oka.
Z matczyną czułością, ale i pewnym chwytem, pomogła mu usiąść na pobliskim, płaskim kamieniu, który słońce zdążyło już przyjemnie nagrzać. Dziadek elf syknął cicho, a Etta, klękając przed nim na mchu, delikatnie ujęła jego kostkę w dłonie. Jej sprawne palce, pachnące jeszcze świeżą ziemią i ziołami, zaczęły badać opuchliznę, szukając przyczyny niefortunnego skręcenia.
Gdy Sylwion wsparł swój ciężar na jej drobnym, ale niespodziewanie silnym ramieniu, Etta nie wypuściła ani jednego westchnienia skargi. Zamiast tego, z czułym uśmiechem, zaczęła nadawać rytm ich wspólnym krokom: „Powoli, mój drogi, świat się nie zawali, jeśli dotrzemy do domu pięć minut później”.
W drodze do progu Etta nieustannie go zagaduje, odwracając uwagę od pulsującego bólu opowieściami o tym, jak to za młodu on wyciągał ją z większych opresji. Jej dłoń mocno zaciska się na jego boku, dając mu poczucie, że choć jedna noga zawiodła, ona jest jego trzecią, niezawodną podporą. Gdy tylko przekroczą próg, Etta z wprawą przygotuje okłady z żywokostu i ulubiony fotel, a wszystko to z taką lekkością, jakby opieka nad mężem była najpiękniejszym tańcem ich wspólnego życia.
Etta z czułością pochyliła się nad opuchniętą kostką Sywliona. Z małego, nefrytowego słoiczka wydobyła odrobinę elfickiego mazidła – gęstej, szmaragdowej maści, która pachniała deszczem w paprociowym lesie i rozgniecioną miętą.
Gdy tylko jej palce, chłodne i delikatne, musnęły spód jego stopy, by rozprowadzić kojący specyfik, spokojna atmosfera pękła jak bańka mydlana.
– Etta! Na litość bogów, przestań! – wybuchnął nagłym śmiechem Sywlion, gwałtownie cofając nogę.
– Siedź spokojnie, to eliksir z Luthadel, musi wsiąknąć – skarciła go z udawaną surowością, choć kąciki jej ust drżały.
Ponownie przyłożyła dłoń do jego skóry, a Sywlion aż zwinął się w kłębek, próbując powstrzymać salwy śmiechu, które wstrząsały jego ramionami. Każdy ruch jej palców, masujących naciągnięte ścięgna, był dla niego torturą najsłodszego rodzaju. Śmiał się do łez, rzucając na poduszki, podczas gdy Etta, ignorując jego błagalne spojrzenia, zaczęła spowijać stopę śnieżnobiałym bandażem.
Robiła to z niezwykłą precyzją, dbając o to, by materiał przylegał idealnie, a elfickie zioła zaczęły swoją leczniczą pracę. Gdy skończyła, zawiązując zgrabny węzeł, Sywlion leżał wyczerpany śmiechem, z policzkami płonącymi od emocji. Etta ucałowała czubek jego nosa, zostawiając go z kojącym chłodem na kostce i ciepłem w sercu.
Choć noga Sylwiona pulsowała tępym bólem po niefortunnym kroku, to gdy tylko opadł na drewnianą ławę obok Etty, cały dyskomfort odpłynął w cień.
Wspólne siedzenie ramię w ramię, gdy wieczorne światło miękko kładzie się na ich twarzach, daje im to rzadkie poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Sylwion czuje kojące ciepło Etty, a ona – jego spokojny oddech. Kiedy się do siebie przytulają, świat zewnętrzny ze swoimi troskami przestaje istnieć; liczy się tylko ta bliskość.
W sercu Sylwiona rozlało się to dobrze znane, kojące ciepło – rodzaj absolutnego spokoju, który pojawia się tylko wtedy, gdy wiesz, że masz u boku swój najpewniejszy port. Pomyślał sobie z czułością, że świat może być nieprzewidywalny i chaotyczny, ale dopóki obok jest Etta, nic się nie zachwieje.
Czuł głęboką wdzięczność, że po raz kolejny nie musiał niczego tłumaczyć ani o nic prosić. W jego głowie kołatała się jedna, prosta myśl: „Jakie to niesamowite szczęście, że w tym całym zgiełku życia, mam kogoś, kto zawsze trzyma moją stronę”. To nie była tylko duma, to było poczucie bezpieczeństwa – świadomość, że jej wsparcie jest jak fundament, na którym on może budować każdy swój dzień. Pomyślał po prostu, że z nią u boku jest po prostu kompletnym elfem.





Komentarze
Prześlij komentarz