Wspomnienia Etty: storczyki

Poranek w domu Etty dziś pachniał wilgotną ziemią i świeżą korą. Kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły przeciskać się przez okna, była już przy swoim dębowym stole w oranżerii. Przed nią spoczywały narzędzia: smukłe nożyce, gliniane donice i zapas świeżego podłoża.

Etta sięgnęła po pierwszy storczyk. Roślina była dumna, o mięsistych liściach, ale jej korzenie zaczynały już rozpaczliwie szukać wolności poza krawędzią naczynia. Z chirurgiczną precyzją zaczęła przycinać wyschnięte pędy. 
Pielęgnacja storczyków  wprawiała Ettę w doskonały nastrój. Uwielbiała wyciszenie, które zawsze przychodziło wraz z dotykiem chłodnych korzeni i zapachem wilgoci. Może dlatego, że każda z tych roślin niosła w sobie echo tamtego dnia, który zmienił jej postrzeganie piękna.
Zamyśliła się na moment, czując pod palcami fakturę liścia, i nagle wróciło wspomnienie tej jedwabnej chustki, którą pewnego ranka, dawno temu, gdy spacerowali po lesie, Sylwion zawiązał jej na oczach.
Czuła delikatny uścisk dłoni młodego Sylwiona, który prowadził ją przez gęstwinę, śmiejąc się cicho pod nosem z jej niepewnych kroków. Pamiętała szelest krzewów i ten moment zawieszenia, gdy materiał opadł z jej oczu, a ona po prostu przestała oddychać z wrażenia.
Cała polana, ukryta przed światem, tętniła kolorami – od głębokich purpur po niemal nierealne fiolety. Morze storczyków, które wyglądały, jakby spadły z nieba prosto w objęcia lasu.
– Znowu jesteś na tej polanie, prawda? – Cichy, głęboki głos wyrwał ją z zamyślenia.
Etta drgnęła lekko i uśmiechnęła się, nie podnosząc wzroku. Sylwion stał w progu oranżerii z dwoma parującymi kubkami naparu z igieł sosnowych. Podszedł do niej i postawił naczynie na skraju stołu, uważając, by nie zmoczyć rozsypanej ziemi.
– To widać? – zapytała, ostrożnie rozplątując dwa splecione korzenie.
– Masz wtedy taki specyficzny wyraz twarzy. Jakbyś słuchała muzyki, której nikt inny nie słyszy – odpowiedział Sylwion, kładąc dłoń na jej ramieniu. – To niesamowite, że po tylu latach one wciąż tu są. Wnuki tamtych roślin z lasu.
– To nie tylko rośliny, Sylwionie – odparła, spoglądając na niego z wdzięcznością. – To dowód na to, że piękno, które mi wtedy podarowałeś, można pielęgnować w nieskończoność. Każdy nowy pąk to jak małe „dziękuję” za tamten spacer.
Sylwion pochylił się i ucałował ją w czubek głowy, przyglądając się jej pracy.
– Wiesz, wtedy na polanie bałem się, że uznasz to za zbyt proste. Że elfka taka jak ty oczekuje raczej klejnotów niż płatków kwiatów.
– Klejnoty są zimne – mruknęła Etta, przesypując garść kory do nowej donicy. – A to... to żyje. Wymaga uwagi, cierpliwości i miłości. Zupełnie jak my.
Zapanowała kojąca cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków za oknem. Etta czuła, jak napięcie ostatecznie opuszcza jej ciało. Sylwion nie odchodził; stał obok, oparty o futrynę, celebrując z nią tę chwilę. 
Wiedziała, że za moment on wróci do swoich map, a ona skończy przesadzać ostatnie trzy sztuki, ale ten wspólny poranek, zanurzony w zieleni i wspomnieniach, był dla niej najcenniejszym z darów.
Dziś jej dom był przedłużeniem tamtej ukrytej polany, a ona była strażniczką nie tylko kwiatów, ale i historii, która rozkwitała na nowo z każdym kolejnym pędem.

Komentarze