Wspomnienia Sylwiona i Etty: 100 zim temu

W Domu pod Wiązami dziś jest jest wesoło i gwarnie. U Etty i Sylwiona jest Miriol z mamą. 

Po sycącym, pysznym posiłku Dziadek, Babcia i Miriol rozsiedli się wygodnie przed kominkiem, a  Serena zmywa w kuchni naczynia, zaglądając do nich przez drzwi. 

Sylwion przeciągnął się, poprawił, a blask ognia zatańczył w jego siwych brwiach. Gdy tylko poczuł kojące ciepło bijące od paleniska, jego głos przybrał ton głęboki i uroczysty, jak szum starych dębów.

– Sto zim temu... – zaczął, przymykając oczy – Las z Mchu i Paproci nie był tym, co widzicie dzisiaj. Wtedy drzewa sięgały samych chmur, a ich kora była czystszym srebrem niż tarcza księżyca. Pamiętam noc, gdy mróz był tak srogi, że oddech elfów zamarzał w locie, tworząc diamentowe rzeźby w powietrzu!
Etta, która właśnie piła wino z kielicha, omal się nie zakrztusiła ze śmiechu.
– Srebrna kora, doprawdy? – rzuciła z uśmiechem, mrużąc oczy. – To były zwykłe brzozy, Sylwionie, tylko pokryte grubą szadzią. A te twoje „diamentowe rzeźby” to zwykłe sople, przez które o mało nie straciłeś czubka nosa, bo gapiłeś się w niebo zamiast pod nogi.
Sylwion drgnął, ale nie dał się zbić z pantałyku. Machnął lekceważąco dłonią, jakby odganiał natrętną muchę.
– Szczegóły, moja droga, czyste detale! Istotne jest to, że wtedy potoki nie szemrały, one śpiewały w dawnym języku gwiazd. Ryby miały łuski z najprawdziwszego szmaragdu, a gdy wyskakiwały nad wodę, oświetlały całe polany...
– Sylwionie! – Etta stanęła nad nim z założonymi rękami. – To były pstrągi. Pospolite pstrągi, które lśniły w słońcu, bo woda była czysta. I przestań opowiadać o szmaragdach, bo jeszcze ktoś pójdzie z łopatą szukać ich w środku zimy.
– No dobrze, może odrobinę ubarwiłem – mruknął dziadek, uciekając wzrokiem w stronę płomieni. – Ale przyznasz chociaż, że mgły były wtedy gęstsze? Tak gęste, że można było z nich tkać zimowe płaszcze!
Babcia Etta usiadła naprzeciwko niego, wygładzając fartuch. Jej oczy złagodniały, choć w kącikach wciąż tliła się przekorna iskierka.
– Mgły były gęste, to prawda. Ale jedyne, co z nich utkałeś, to tę twoją niesamowitą opowieść, którą z każdą dekadą wydłużasz o trzy łokcie. Sto lat temu, mój drogi „aerodynamiczny” czarodzieju, było po prostu zimno, biało i... bardzo spokojnie.
Sylwion uśmiechnął się szeroko:
– Może i tak. Ale przyznaj, że z moimi diamentami brzmi to znacznie lepiej niż zwykłe „zimno i biało”.

Komentarze