Wspomnienia Etty i Sylwiona: wiosenne porządki

Słońce miało dziś wyjątkowy, cytrynowy odcień, a wiatr pachniał tak, jak pachnie tylko wiosna – młodą trawą i kwiatami. Etta, w swojej ulubionej zielonej kamizelce, stała pośrodku kwitnącego ogrodu, z koszem pełnym lnianych obrusów i koronkowych serwetek.

Wiosenne porządki w szafach zawsze były dla niej czymś więcej niż tylko obowiązkiem. To było wielkie wietrzenie wspomnień.
Z czułością wyjęła z kosza koronkową serwetkę, tak cienką i misterną, że przypominała pajęczynę utkaną ze światła księżyca. Przesunęła palcami po wypukłym wzorze. Pamiętała babcię, siedzącą w wiklinowym fotelu pod starą wierzbą; i jej palce, które  poruszały się z prędkością skrzydeł kolibra. Każde oczko tej koronki było opowieścią – o letnich burzach, o zapachu pieczonych jabłek i o spokoju, który tylko babcia potrafiła wyczarować.
– Znowu rozmawiasz z koronkami, Etto? – usłyszała za plecami tubalny, radosny głos Sylwiona.
Odwróciła się z uśmiechem. Jej mąż stał tam, trzymając w rękach wielki dywan, który najwyraźniej zamierzał potraktować z właściwą sobie energią.
– Nie rozmawiam, Sylwionie. Słucham ich – odpowiedziała łagodnie, przypinając serwetkę drewnianą klamerką do sznura. – Ta należała do babci. Zawsze kładła ją pod wazę z zupą jagodową w niedzielę.
Sylwion podszedł bliżej, mrużąc oczy pod słońce.
– Wygląda, jakby miała się rozpaść od samego patrzenia! – zaśmiał się, choć w jego oczach błysnęło uznanie. – Moja babka, wiesz, to robiła serwety z porządnej, owczej wełny. Można nimi było przykryć wóz albo... zatamować wyciek w kopalni. Ale przyznam, ta twoja ma w sobie coś z elfiego czaru. Prawie tak ładna, jak ta, którą rzuciłaś mi w twarz, kiedy pierwszy raz próbowałem cię pocałować pod jarzębiną.
Etta parsknęła śmiechem, a wspomnienie tamtego wieczoru – zapachu wilgotnej ziemi i jej własnego, bijącego serca – sprawiło, że policzki lekko jej zapłonęły.
– Rzuciłam ją, bo byłeś wtedy strasznie zuchwały, mój drogi!
– Zuchwały? Ja? Byłem po prostu głodny...  – Sylwion puścił do niej oko, po czym z rozmachem zaczął trzepać dywan, wznosząc w powietrze kłęby kurzu, które w słońcu wyglądały jak złoty pył.
Etta wróciła do swojej pracy. Kolejne serwety lądowały na sznurze, powiewając na wietrze niczym białe flagi pokoju. Każda z nich przynosiła inny obraz: niedzielne obiady, na których śmiech Sylwiona zagłuszał brzęk sztućców, święta pełne zapachu cynamonu i te wszystkie ciche poranki, gdy świat wydawał się należeć tylko do nich dwojga.
Gdy słońce podniosło się nad Grzbiet Starych Dębów, Etta spojrzała na swój ogród. Białe płótna tańczyły między kwiatami, a zapach czystości mieszał się z aromatem kwitnącego bzu. Czuła, że dom znów oddycha pełną piersią, a babcine serwetki, teraz przesiąknięte wiosennym słońcem, niosły w sobie obietnicę kolejnych, pięknych lat w Domu Pod Wiązami.
– Gotowe? – zapytał Sylwion, odkładając trzepaczkę i wycierając czoło. – Bo jeśli tak, to proponuję zakończyć te porządki czymś, co moje serce kocha najbardziej. Zaraz po tobie, oczywiście.
– Herbatą z miodem? – domyśliła się Etta, podchodząc do niego.
– I tymi małymi ciasteczkami z jagodami! – zawołał krasnolud, obejmując ją ramieniem. – Wspomnienia wspomnieniami, ale brzuch Sylwiona nie wyżyje samą historią, nawet najpiękniejszą!
I tak, ramię w ramię, weszli do domu, zostawiając pranie, by łapało ostatnie blaski dnia i sny o wiośnie.

Komentarze