Doktor Ambroży Pukawka był w kropce. Przeszukiwał swoje biuro pod pniem starego dębu już trzecią godzinę. Przetrząsnął zapasy suszonej melisy, sprawdził za słoikiem z syropem z pędów sosny, a nawet zajrzał do buta.
— Zniknął! Po prostu wyparował! — biadał Ambroży, kiedy przyszedł na filiżankę uspokajającej melisy do Domu Pod Wiązami — Mój najpiękniejszy, srebrny guzik! — To katastrofa! Bez tego guzika wyglądam jak lekarz bez dyplomu! Jak ja mam teraz rzetelnie leczyć, skoro klapa mi odstaje?
Etta usiłowała pocieszyć zmartwionego Ambrożego, a Sylwion, zamiast jej w tym pomagać, przez otwarte drzwi z rozbawieniem obserwował Barnabę, który usiłował wciągnąć coś do swojej norki pod progiem.
— Ambroży! Chodź no tutaj! — zawołał Sylwion, próbując stłumić śmiech.
Doktor podszedł do progu. Na środku tarasu Barnaba toczył przed sobą czarny, lśniący, guzik. Robił to z taką pasją, jakby pchał przed sobą największy fistaszek świata. Kiedy guzik w końcu wylądował w jego kąciku, chomik dumnie na nim usiadł, zakrył go puszystym brzuszkiem i spojrzał na Ambrożego wzrokiem, który mówił: „To jest moje i nikomu tego nie oddam”.
— Barnabo, to nie jest fistaszek! To element mojego zawodowego prestiżu! — oburzył się lekarz, próbując odzyskać zgubę.
Chomik jednak ani drgnął. Co więcej, zaczął udawać, że nagle zapadł w bardzo głęboki i twardy sen, chrapiąc przy tym głośno.
— No i co zrobisz, Ambroży? — zaśmiała się Etta, stawiając przed lekarzem kolejny kubek parującej herbaty. — Wygląda na to, że Twój guzik został oficjalnie mianowany nowym fundamentem chomikowej norki. Przecież go nie eksmitujesz.
Ambroży westchnął ciężko, patrząc na pochrapujący, puszysty pagórek.
— Dobrze już, dobrze. Skoro muszę wybierać między prestiżem a spokojem lokatorskim, to niech mu będzie.
Tego wieczoru Barnaba zasnął wtulony w swój metalowy skarb, a Ambroży – zamiast guzika – musiał spiąć klapę starą, drewnianą klamerką do prania, którą podarowała mu Etta.




Komentarze
Prześlij komentarz