Poranek wstał rześki, pachnący rosą i żywicą, gdy Etta dopinała ostatni rzemień, upinając kufry podróżne. Wybierali się w bardzo daleką podróż, która człowiekowi zajęłaby długie miesiące - jechali do Smoczej Krainy. Sylwion i Etta planowali dotrzeć na miejsce w 3 dni.
Przed wieloma stuleciami pradziad Sylwiona, Gildor, mieszkał w tej krainie. Był doskonałym obserwatorem gwiazd, i dzięki jego mapom nieba elficcy żeglarze zawsze odnajdywali drogę do bezpiecznej przystani. Gdy wygnanie lub przeznaczenie (kroniki milczą o przyczynie) zmusiło go do opuszczenia Smoczej Krainy, pozostawił w niej Astrarium – artefakt skupiający światło najstarszych konstelacji. Ten drobny przedmiot miał w sobie moc, która potrafiła naginać czas i przestrzeń, pozwalając elfom pokonać każdego, kto by im zagrażał.
Tylko Sylwion mógł go odzyskać. Miał ze sobą starą mapę narysowaną ręką Gildora, ze wskazówkami, gdzie ten ukrył Astrarium.
Zapakowali już swój lekki powóz z drewna białej brzozy, wyłożony od środka miękkim mchem. W zaprzęgu niecierpliwie przebierał nogami jeleń księżycowy, który uwielbiał dalekie podróże tak samo, jak jego pan. Jeleń potrafił pędzić tak szybko, że godzina drogi zmieniała się w mgnienie oka, a na dodatek kiedy trzeba, bez trudu przeskakiwał rzeki i niewielkie przepaście.
– Wszystko gotowe? – zapytał Sylwion, poprawiając wielki drewniany kufer.
Etta zaśmiała się, klepiąc pękaty tobołek.
– Wszystko zapakowałam, mam zapas suszonego mięsa, są też owoce i orzechy, a dla Ciebie mam Twoje ulubione suszone jagody, gdybyś miał ochotę na smakołyki. Mamy koce i ciepłe płaszcze, żeby spokojnie przenocować, a wodę w bukłakach uzupełnimy zawsze, gdy będzie w pobliżu strumień.
– Zatem do Smoczej Krainy, mój rogaty druhu! – wykrzyknął Sylwion i poklepał jelenia po boku. Wskoczył na ławkę, na której już siedziała Etta, cmoknął na jelenia, i powóz ruszył z lekkością piórka.
Wyruszyli o świcie, gdy rosa jeszcze lśniła na pajęczynach. Dość szybko Las z Mchu i Paproci został w tyle, ustępując miejsca surowszym, skalistym krajobrazom.
Jechali tam, gdzie niebo zawsze miało kolor przypieczonego karmelu, a wiatr niósł echa dawnych ryków. Legenda głosi, że smoki nie odeszły z własnej woli. Starsi mieszkańcy szeptem wspominają czasy, gdy niebo przesłaniały skórzaste skrzydła, a ich oddech tworzył dzisiejsze pustynie.
Podobno najpotężniejszy z nich, Aurelion, którego łuski lśniły niczym płynne złoto, wciąż drzemie głęboko pod rozgrzanymi piaskami. Powiadają, że to jego miarowy oddech porusza wydmami. Choć minęły wieki, wiatr wciąż niesie niski, gardłowy pomruk – pamiątkę po dawnej potędze, która nigdy do końca nie wygasła.
– Podobno został już tylko jeden – dodała Etta, sadowiąc się wygodnie obok męża. – Liczę na to, że go nie spotkamy- westchnęła.
Sylwion ściągnął lejce i od razu zwolnili. Jeleń, jakby wyczuwając zmianę nastroju, zastrzygł uszami. Dziadek spojrzał na Ettę, a jego pogodna dotąd twarz spoważniała.
– Szczerze? Nie wiem, Etta. Ale jeśli plotki są prawdziwe, to ten ostatni smok pilnuje czegoś, co może odmienić losy wszystkich krain.
Ich rozmowa zamilkła, ustępując miejsca stukotowi kół i miarowemu oddechowi jelenia. Sylwion nie spuszczał wzroku z horyzontu spowitego karmelowym niebem.
Gdzieś tam, pod rozgrzanymi piaskami, wciąż drzemał Aurelion, a wiatr niósł obietnicę pradawnej potęgi, która mogła odmienić losy wszystkich krain. Ruszyli naprzód, w stronę tajemnicy, która czekała na odważnych – lub nieostrożnych.
Ciąg dalszy tej opowieść znajdziesz: TUTAJ




Komentarze
Prześlij komentarz